Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2014

Za moich czasów....

Za moich czasów....
Ech, jak to brzmi, no cóż chyba czas przyznać, że jednak jestem coraz starsza bo to zdanie jak nic pasuje najlepiej do tego co chcę napisać.
Moja Babcia tak mawiała, a ja wtedy nie mogłam sobie znaczenia tego zdania wytłumaczyć: bo jak to za babci czasów, bo jak to to Babcia była kiedyś młoda, i jeszcze może dzieckiem też była...?
Ale dziś nie o Babci miało być tylko o moich czasach....

A za moich czasów to było tak, że jak tylko maj się zaczynał to chłopaki ze wsi szli do lasu po młode brzózki i wkopywali je przy kapliczce. Stawiali ławki, albo tylko poprawiali bo ławki przy niektórych kapliczkach były zawsze. Wieczorami przez cały maj przychodziliśmy pod te kapliczki śpiewać majówki.
Ech, to były czasy! Nie było nas dużo bo ok 10 osób, i dziewczyny i chłopcy, tacy mniej więcej w jednym wieku, nastolatkowie. Po majówce jeszcze długo z tych ławek się nie podnosiliśmy tylko żartowaliśmy, wygłupialiśmy się, czasem któraś dziewczyna pod ławką wylądowała dla żartów oczywiście. Wesoło było.
Na koniec miesiąca męska część grona zbierała uschłe już brzózki i szliśmy do lasu, gdzie się je paliło. (matko w lesie palić brzózki, teraz to nie do pomyślenia, ale wtedy naprawdę nikt nie miał o to pretensji a i nigdy z tego żadnej tragedii nie było, ognisko paliło się na polanie, co rok w tym samym miejscu pod czujnym okiem chłopaków (oni już dobrze wiedzieli, że jakby cokolwiek się wydarzyło to ojciec z laniem czekał i nawet sama Matka Boska by nie pomogła!). Mieliśmy wtedy po naście lat.

A dziś kapliczka stoi jak dawniej, tylko ławek już nie ma. Brzózki przyniósł mój tata. Co wieczór zbiera się kilka osób, same panie. Moja mama, sąsiadki w zasadzie to mamy tej młodzieży, która naście lat temu śpiewała przy kapliczkach. Nastolatka jest jedna, jedna kilkulatka. Nie ma młodzieży.
Szkoda, to były fajne czasy...







Byłam i ja któregoś dnia razem ze Stokrocią. Bez marudzenia siedziała przez niemal godzinę i słuchała, nie śpiewała, bo ona umie tylko Wśród nocnej ciszy i Lulajże... a to jednak nie ta pora;-)
Wszystko się zmienia, ale jednak bardzo bym chciała, aby i ona miała kiedyś takie wspaniałe wspomnienia z prawdziwej wsi.


środa, 8 maja 2013

7 day PHOTO CHALLENGE {May} – Day 3 Czyli po górach, dolinach...


Dzisiejszy temat: MAJ

Maj to dla mnie najpiękniejszy miesiąc, piękna zieleń, kwiaty na drzewach i krzewach, kwiaty w ogródkach, ukochane barwne tulipany i przepiękne majowe konwalie, śpiew słowików i innych ptaków i rechot żab i ten wszechobecny zapach wiosny.
Ale kiedy myślę o maju to myślę o majówce i to wcale nie o takiej jak pewnie teraz większość z Was pomyślała:, czyli nie o długim weekendzie majowym, nie o wyjeździe, odpoczynku ani nawet o pikniku.
Majówka znaczy dla mnie cos zupełnie innego.
Bardzo bym chciała takie właśnie zdjęcie zamieścić, ale niestety jest to chyba niemożliwe: w tamtych czasach (jak to strasznie zabrzmiało) nie miałam jeszcze aparatu, a teraz, choć jakiś aparat mam ze sobą niemal zawsze to nie ma gdzie takiego zdjęcia zrobić, bo po prostu ( w każdym razie w moich okolicach) takich majówek już nie ma. To ja może powiem w końcu, o co mi chodzi:
Dawno, dawno temu.... Kiedy byłam nastolatką, kiedy zaczynał się maj zbieraliśmy się wieczorową porą przy krzyżu lub kapliczce i odprawialiśmy majówki. Chłopcy najpierw szli do lasu, wycinali młode brzózki i wkopywali je przy kapliczce, później stawiali ławki. Dziewczyny przynosiły kwiaty do wazonu, dekorowały drzewka. Wieczorem, kiedy słońce zaczynało się chować a żaby rozpoczynały koncert szliśmy wszyscy pod kapliczkę i "odprawialiśmy" majówkę: Litanię, kilka pieśni maryjnych.... We wsi wtedy taka cisza była, ze  tylko było słychać z różnych stron śpiewy majówkowe. Przy płomykach świec, czasem zalewając książeczkę albo ubranie gorącym woskiem... Po majówce zazwyczaj jeszcze trochę siedzieliśmy i plotkowaliśmy, żartowaliśmy, czasem chłopcy jakieś psikusy robili, a to którąś z ławki zrzucili, a to żabę złapali....
A później odprowadzaliśmy się do domów, jak się któraś dziewczyna chłopakowi spodobała to dobra okazja była, żeby chwilę dłużej z nią porozmawiać....
Na koniec maja, po ostatniej majówce uschłe już brzózki chłopcy wykopywali i szliśmy wszyscy do lasu na polanę, aby wspólne spalić te drzewka. Zazwyczaj robiło się z tego normalne ognisko do późnych godzin nocnych....
Ech to były czasy...
Człowiek zachwycał się rozgwieżdżonym niebem, rechotem żab, śpiewem słowików czy zapachem trawy, teraz fb, tweeter, każdy wie, kto, z kim jest w związku, kto, z kim się pokłócił... Nawet nie trzeba wychodzić z domu... Tylko to chyba jednak jakaś uboższa wersja życia...

Kiedy w weekend jeździłam po swojej wsi żadna z kapliczek nie była przystrojona, przy żadnej nie śpiewa nikt majówki, we wsi obok przy kapliczce była tylko grupka osób- nie nastolatków tylko raczej staruszków, nie było brzózek ubranych kolorowa bibułą, mroku ani świec...

 Zdjęcia majówki niestety z przyczyn wymienionych na początku załączyć nie mogę, zdjęciem na wyzwanie niech dziś będą majowe konwalie, które jeszcze nie rozkwitły.




A dodatkowo chwale się fotkami Kapliczki, zdjęcia zrobione 2 maja.
W kapliczce były świeżutkie tulipany w wazonie wiec widać, że jest to miejsce odwiedzane, są ławeczki, więc może nawet majówki bywają....

Na rozstaju dróg...








A kiedy miałam lat kilka, czyli za młoda byłam jeszcze na majówki przy kapliczkach (choć pamietam, że wieczorami nasluchiwalam z podwórka śpiewu majówkowego) wtedy majówki robiłyśmy z Babcią. Na czas majowy kredens w pokoju u Babci zamienial sie w ołtarzyk, byly swieże kwiaty i obowiazkowo świeczki, zapalene wieczorem. Szłyśmy razem z siostrą do babci i wieczorem śpiewałysmy litanię i pieśni. Na koniec maja Babcia tez nam robiła uroczyste zakończenie: byly ciastka, cukierki (wiem, teraz to zadna atrakcja ale kiedyś takie rzeczy byly od święta;) ).



piątek, 21 września 2012

TelefonistkI;)


Dziś o Córci będzie, a co.

Za nami już 11 miesięcy, czyli wielkimi krokami zbliża się ten magiczny moment ukończenia roku... Kiedy to zleciało to naprawdę nie wiem, jeszcze przecież nie dalej jak wczoraj toczyłam się z wielkim brzuchem...
A tu wczoraj właśnie moje dziecko kochane obudziło się baaardzo wcześnie, zazwyczaj wtedy zabieram ją do siebie, przytulamy się, czasem jeszcze uda nam się na trochę zdrzemnąć, czasem Mała wędruje sobie po całym łóżku i prowadzi monologi na różne tematy w swoim słodkim języku.
A wczoraj znalazła w łóżku telefon, tak tak spię z telefonem pod poduszką, bo jak dzwoni rano na budzenie to przecież nie będę z ciepłego wyrka tak biegusiem wyłazić, a tak to sięgam tylko pod poduszkę i szoku nie ma;)
Ale do rzeczy kobieto.
Córunia moja maleńka wzięła ten telefon w łapkę, przystawiła go sobie do ucha i
mówi takie, całkiem udane: Alo! Oj szybko się z wrażenia obudziłam, bo do tej pory telefon był raczej obiektem, który należało natychmiast spróbować, owszem "rozmawiała " przez niego, ale raczej na głośnomówiący a tak do uszka to raczej nie chciała. A tu nagle odkryłam ze moje dziecko już doskonale wie, do czego to urządzenie służy.
I tak wróciłam pamięcią do mojego dzieciństwa.
Kiedy ja byłam w jej wieku to nie miałam pojęcia ze coś takiego jak telefon istnieje?)
W mojej miejscowości telefon w tamtych czasach był tylko jeden: u Sołtysa.Jak trzeba było pogotowie wezwać czy coś to w środku nocy nawet trzeba było do tego sołtysa lecieć i się dobijać żeby zadzwonił. Żeby mieć telefon trzeba było złożyć podanie i czekać, i czekać i czekać... My czekaliśmy chyba z 15 lat aż podłączyli;)
A moje pierwsze doświadczenia z telefonem pamiętam jak dziś.
Miałam wtedy chyba z 9 lat ( tak wnioskuję, bo już chodziłam do "dużej szkoły") i poszłyśmy kiedyś do koleżanki Marzenki po lekcjach razem z dwoma innymi koleżankami.
U Marzenki w domu był telefon (wow!). No wiadomo Marzena zaznajomiona z nowymi technologiami a my we trzy sierotki ciekawe jak "to to" działa. Oczywiście Marzenka, jako dobra koleżanka postanowiła i nas zapoznać, wyczekałyśmy momentu, kiedy zostałyśmy same, zamknęłyśmy drzwi do pokoju i... Wykręciłyśmy nr w pełnej konspiracji;) czujecie, ze ja do dziś pamiętam, jaki to był nr?
Nie wiem, do kogo zadzwoniłyśmy, ale znałyśmy ten nr z  telewizji chyba, jakiś program być musiał czy coś,  a numer był 20 02 21;)
I Pani w słuchawce mówiła: Halo! Halo! A my-jak już każda usłyszała to Halo przez telefon -odłożyłyśmy słuchawkę i czułyśmy się jakbyśmy zrobiły coś bardzo zakazanego;)
Dziś się z tego śmieję, ale jestem pewna ze moja córka po prostu tego nie zrozumie:, bo jak to mogło być tak, że nie było komórek?

poniedziałek, 30 lipca 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła....

"...
Wsi spokojna, wsi wesoła,
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?
..." J. Kochanowski


Za mną pracowity weekend... 
Nigdy nie lubilam żniw: gorąco, wszędzie pełno ości (i to nie takich z ryb), nogi połute od rżyska, rece podrabane snopkami i kurz, wszędobylski gryzący kurz.
Nawet nie wiecie jak wtedy marzylam zeby na kurz mieć alergie- no bo przeciez wtedy do zniw by mnie nie zabierano;) ale obylo sie bez alergii (na szczescie) a teraz to nawet czasami zatęsknie do tego...zapachu chleba.
Tak zbiory zboża pachną chlebem....
Bardzo lubie rozgryzać ziarenka zbóż takie prosto z kłosa....
A ten weekend mogłam sobie przypomnieć jak cieżka jest praca Rolnika...



 To owies jakby ktoś nie wiedział;)


A to zielone w oddali to nie czołg....;)


Tylko kombajn;) Szkoda ze nie był czerwony Bizon, bo chyba jest bardziej efektowny, ale jak sie nie ma swojego to się bierze to co akurat przyjechało. Kiedy zboże dojrzałe to trzeba zebrac jak najszybciej zeby pogoda sie nie popsuła. I wtedy jak już przyjedzie taki kombajn na wies to kolejka sie szybciutko ustawia i nikt nie marudzi jaki on jest ( ten czerwony jest lepszy, bo ma szerszy heder czy jak to sie tam nazywa, znaczy szerzej kosi). 
 

A oto co zebraliśmy



I trzeba było wsypać w woreczki....



 I zworkowane zawieźć do stodoły.....

 I gdyby nie przyszły chmury i deszcz to zamiast słomy na polu byłyby już belki...



 A to zagadka.... takie drzewa rosły zawsze na miedzy rozdzielającej sąsiednie pola.
U nas mówiło się na to drzewo miedzy innymi "pierdziołka".
Jak sie mówiło, tak sie mówiło ja bardzo lubiłam te owoce, które dojrzewały o ile dobrze pamiętam w okresie kopania ziemniaków. Kto wie co to za drzewo?

środa, 16 maja 2012

Kto się nie umie obrażać? palec pod budkę!

Czy Wy też mieliście w dzieciństwie taką wyliczankę:
Kto coś tam robi *(bawi sie w chowanego, berka, idzie na ciastko itp wybrać właściwe*)palec pod budkę, bo za minutkę zamykam budkę.... ?
Ciekawe jakie dzieci teraz mają wyliczanki, bo nie sądzę żeby to aż tyle lat przetrwało....



Kiedy byłam kilku letnią dziewczynką bardzo przyjaźniłam się z moją kuzynką, bardziej nawet niż z siostrą rodzoną, ba z siostrą to my się tak napierniczałyśmy, że hej, nie gorzej niż niejedni chłopcy w naszym wieku.
Ale do kuzynki wróćmy.
Przyjaźniłyśmy się bardzo, przychodziły nam do głowy różne dziwne rzeczy które oczywiście razem wprowadzałyśmy w życie od robienia "balu przebierańców", szyciu sobie samemu ubrań ( oczywiście czesto nie przeżywały pierwszego założenia na siebie, niestety)  aż do wydawania "gazetki rodzinnej";) Kiedy się nie widziałyśmy a moi rodzice pojechali do niej albo jej rodzice byli u nas to pisałyśmy sobie listy, czasem również używając pisma obrazkowego;)
Czasem też zdradzałyśmy sobie sekrety oczywiście wagi niemal państwowej i obarczone klauzulą: Ściśle tajne!
Co groziło za zdradzenie tajemnicy?
Otóż w takim wypadku konieczne było obrażenie się.
Tak tak, to był bardzo częsty temat naszych listów: Czy Ty się na mnie obraziłaś?
A dlaczego się obraziłaś? Nie jestem na Ciebie obrażona. To chyba najczęściej używane zdania w naszej korespondencji. A na obrażenie się było łatwo zasłużyć bo przecież tajemnice, które sobie przekazywałyśmy zazwyczaj były wszystkim wokół wiadome i to bez wymogu sekretu więc wystarczyło jedno zdanie żeby podejrzewać drugą stronę o wypaplanie poufnych informacji...

W życiu dorosłym nigdy się nie obrażałam, owszem czasem gdy ktoś mnie czymś zrani, powie mi coś przykrego, albo nawet zdradzi wiadomość powierzoną mu w sekrecie nie obrażam się, ba nawet nie potrafię sobie wytłumaczyć co takie obrażanie się miało by znaczyć w praktyce? Nie odzywanie się do kogoś? Nie wiem.
Nie potrafię tak, że do kogoś się nie odzywam, ale nie jestem też na tyle otwarta żeby powiedzieć mu to od razu wprost, zazwyczaj przemilczam sprawę, układam sobie wszytko w głowie, rozmieniam na drobne i analizuję , staram się zrozumieć, czasem wracam do tego i wyjaśniam z tą osobą ale chyba częściej przechodzę nad tym do porządku dziennego...
A co z tą przyjaciółką?
Wydawało mi się ze przyjaźń przetrwała przez te lata, wiadomo były lepsze i gorsze okresy. Jakiś czas temu przyjaciółka niestety wydała powierzony jej sekret co narobiło mi trochę przykrych chwil.
Ale czy to przekreśla przyjaźń?
Nie potrafię się na nią obrazić.
Chyba na nikogo nie potrafię.


piątek, 2 grudnia 2011

Pierzawkowo-wspominkowo...

Wczoraj w nocy karmiąc Stokrocie jakoś mi sie na wspominki wzięło.
To takie  bardzo miłe wspomnienia, kiedy jeszcze moi dziadkowie żyli, a wieś była taką prawdziwa wsią.
Bo Stokrotka mieszkała na wsi i teraz troche tęskni do tej wsi, ale dziś to już nie to samo.
Kiedy byłam dzieckiem w każdym gospodarstwie krowy i świnie były. Kury, kaczki też po każdym podwórku biegały, a czasem i gęsi były..
No właśnie gęsi, to te najbardziej z pierzawkami związane.
Pierzawka to darcie pierza, ale to nie takie zwyczajne darcie pierza było. To taki niemalże rytuał.
Ale od początku.
Teraz jak ktos chce kołdrę to idzie do sklepu i kupuje. A pierzynę to nie wiem czy ktoś jeszcze ma.
Ja mam;) Nie śpie pod nią, ale mam.
Nie wiem czy tak było wszędzie, ale pewnie tak, albo bardzo podobnie, bo w dawniejszych czasach w moich okolicach to było tak, że jak córka za mąż wychodziła, to matka robiła jej pierzynę- to taki najbardziej popularny powód robienia pierzawki, ale myślę, że też jak się komuś chciało nowej poduszki czy też pierzyny, tudzież kołdry to pierzawke robił.
Hodowało się gęsi i, nie pamietam dobrze czy raz czy dwa razy w roku sie je "podskubywało", to znaczy wyrywało im sie piórka głównie na i pod brzuchem- bo tu są ciepłe, miekkie i puszyste. Gęsiom oczywiście pióra odrastały, wiec strasznej krzywdy chyba z tego powodu nie miały.
Kacze pióra chyba też sie nadawały tylko pamiętam, że nie wolno mieszac gęsich i kaczych.
A jak się już tych piór odpowiednią ilość ( pewnie kilka kilogramów)  nazbierało to czekało się jesieni i zimy, żeby zrobić pierzawkę. Późną jesienią i zima pracy w polu nie ma, a wieczory długie więc dopiero wtedy takie spotkania były możliwe.
Mówiło się wtedy wszystkim sąsiadkom z okolicy, że tego i tego dnia pierzawka będzie, a raczej pytało sie czy przyjdą pomóc.
No i przychodziły. Po południu schodzily sie wszytskie w domu i brały się za obdzieranie tych piór. Logiczne to bardzo, bo ktoś, kto takiej pierzawki nie widział i z wyobrażeniem sobie ile to pierza te parę kg. W jedną osobę to pewnie ze trzy zimy by zeszło, a tak, jak przyszło kilkanaście osób to dwie, trzy pierzawki i pierzyna jak sie patrzy.
Siadały wszystkie dookoła, po środku stawiało się naczynie na pierze i każda sobie obdzierała te piórka.
Oczywiście w ciszy się to nie działo, więc jak już sie "kumy" wymieniły najnowszymi plotkami to przychodził czas na różne opowieści.... to było w tym wszytskim najlepsze.
Oj, różniste to opowiesci były...
Póżniej była kolacja, czasem jakaś naleweczka do kolacji;)
A później dalsze darcie piórek i jeszcze lapsze opowiesci;)
Czasem też zdarzało się, że taką pierzawkę nawiedzali dowcipni sąsiedzi. Wpadali z nienacka i wrzucali do pokoju wróbla albo gołębia ;D
I musieli szybko uciekać.
Wtedy to się dopiero działo: biedny wystraszony ptak fruwał jak oszalały po pokoju, babki krzyczały, złorzecząc temu, kto to zrobił, a pióra fruwały wszędzie;)
Fajne to były czasy.
Nie wiem czy jeszcze gdzieś są takie prawdziwe wsie..?
Bo ta moja dziś nie przypomina już zupełnie wsi z tamtych czasów:
Krowy to juz chyba żadnej się nie znajdzie, a gęsi to już na pewno nie.
Czasem tylko kure jakąś się wypatrzy.
Zamiast koni po dwa samochody na podwórkach stoją, zamiast zboża latem przed domem pachnącego - nowe domy jak grzyby po deszczu wyrastają...
A mnie się trochę tęskni...
Chciałabym kiedyś Stokroci pokazać taką prawdziwą, swojską ukochaną wieś, taka pierzawkę choćby, tylko czy takie jeszcze gdzieś istnieją?

czwartek, 1 grudnia 2011

Pytanie....

Jak się siedzi w środku nocy z Małą na kolanach i wsuwa się butlę z mlekiem do tego maleńkiego pysiolka to takie różne myśli człowiekowi do głowy przychodza i różne wspomnienia.
Dziś na przykład wspomniały mi się "pierzawki".
Czy ktoś wie może co to jest "pierzawka"?