Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe miejsca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2020

O czymś przyjemnym...


Nie jest to w żaden sposób tekst sponsorowany. Zachwalam, bo uważam, że warto!

Wrzucam zdjęcie jeszcze raz, bo to własnie o tym miejscu piszę.
Pani Danusia mówi: "Jak tego motocyklistę to wszyscy widzą, 
ale że w ogrodzie jest galeria rzeźb kamiennych wykonana przez profesora, 
artystę to jakoś nikt nie zauważa. Tam patrzcie. ryby ktoś widział? to jest sztuka! 
A ja myślę że i jedno i drugie warto oglądać;-)


Zdarzyło się, że mieliśmy potrzebę pojechać na kraniec Polski. Korzystając z okazji postanowiliśmy sobie zrobić rodzinną wycieczkę bez żadnego zwiedzania, wypoczywania, ot po prostu kilkanaście wspólnych godzin w aucie, jakiś obiad po drodze i już.
Zupełnie przypadkiem wszystko potoczyło się zupełnie inaczej i zupełnie bez planu znaleźliśmy się w niesamowitym miejscu i w niezwykłym towarzystwie.

wtorek, 24 lipca 2018

Spacer po ogrodzie w Arkadii

Pogoda plażowa, a że u nas plaży w zasięgu brak to wybrałyśmy się na wycieczkę do cienistego parku w Arkadii.
Park dosyć znany i bardzo lubiany, w weekendy jest tu bardzo dużo ludzi.
Byłyśmy późnym popołudniem, więc spotkałyśmy głownie strażników posiadłości oraz kilka(naście) par ślubnych polujących na złotą godzinę.
A my polowałyśmy na spokojne popołudnie i chyba się udało.


piątek, 5 sierpnia 2016

Taka ciekawostka...

Na koniec opowieści o minionym lipcowym weekendzie taka ciekawostka.
Każdy kto choć raz przemierzał drogę numer 8 na trasie Warszawa-Częstochowa widział z cała pewnością dymiące kominy Bełchatowa i górę obecnie usianą wiatrakami.
Kiedy jeszcze byłam małym dzieckiem co najmniej raz w roku wyjeżdżaliśmy do rodziny w okolice Opola i tę górę pamiętam bardzo dobrze, bu długo, długo widać ją było z okien autobusu, zawsze to jakaś atrakcja w tle. Wtedy tylko nie było na niej wiatraków, ani drzew, była góra ziemi, po której jeździły samochody wyglądające jak zabawki w porównaniu z wielkością nasypu.

Tym razem wracaliśmy niedawno zbudowaną S8, z której kominów Bełchatowa nie widać, ale coś mnie tknęło, żeby jeszcze jakiejś ciekawostki w trasie poszukać i wygooglałam taras widokowy w Kleszczowie, z którego to można zobaczyć największą w Polsce (chyba też w Europie- sprawdzę to jeszcze) dziurę w ziemi wykonaną przez człowieka.
Jechaliśmy trochę nieufni, czy takowy taras rzeczywiście istnieje, zwłaszcza ze w miarę zbliżania się do celu wcale nie było widać żadnego wyniesionego podestu, a jednak tara jest.
Kleszczów od długiego już czasu należy do najbogatszych gmin kraju więc i opłaty żadnej na tarasie nie pobierają, jest kawałek parkingu, ku naszemu zaskoczeniu było całkiem dużo ludzi, a widok niesamowity, myślę, ze jak ktoś ma pól godziny na przerwę w podróży to warto tam zajechać i z czystej ludzkiej ciekawości zobaczyć to na własne oczy zanim zrekultywują;-) mowa oczywiście o Odkrywkowej Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie, a te kominy to Elektrownia.
A teraz trochę fotek:


Te sznurki torowisk są niesamowite! Zapewne tymi zadaszonymi wędruje węgiel a tymi odkrytymi wracają puste wagoniki. Ciągną sie e okiem sięgnąć. Robią wrażenie!










Sklejanka z trzech ujęć a i tak nie obejmuje wszystkiego!


Ze starej 8 widać te właśnie wiatraki, tyle, ze z drugiej strony góry

czwartek, 24 lipca 2014

Scyzoryk się w kieszeni otwiera...

... a co tytuł musi być chwytliwy;)

Oczywiście dość szybko udało Wam się zgadnąć co za miasto jest na fotkach, to oczywiście Kielce.
Anula podziwiam, że chciało Ci się poszukać, Zaczytana też ma racje to tzw. Sienkiewka, choć mnie osobiście się ta nazwa bardzo nie podoba.

Wracając do tytułowego scyzoryka:
Nie od dziś przecież wiadomo, że na mieszkańców Kielc mówi się "scyzoryki".
Dlaczego?
W internecie można znaleźć wiele teorii na ten temat, najbardziej do mnie przemawia ta, że po prostu w latach 70 i 80 niemal każdy mieszkaniec nosił przy sobie nóż.
Druga też całkiem rozsądna mówi, iż w latach 50 województwie kieleckim, a dokładniej w Drzewicy (słynna marka z resztą) tam właśnie produkowano sztućców i noży produkowano również scyzoryki i dlatego w Kielcach, stolicy województwa można je było kupić bez problemu, w innych miastach był to towar  deficytowy, a przecież były to takie "dziwne" czasy, z Radomia przywoziło się buty, z Olkusza garnki, z Łodzi materiały do szycia, z Warszawy czy Krakowa słodycze, a Kielc się woziło scyzoryki.
Być może coś w tym jest, no i jedna teoria wcale nie wyklucza drugiej, a później pojawił się Liroy i zaśpiewał to na cały kraj:)

A teraz już o mieście.
Śmieszne, bo mnie Kielce od dzieciństwa kojarzyły się z muzyką ludową, trudno nawet powiedzieć czemu, ale tak właśnie było, no i z tym, że jak wiatr wieje, to wiadomo że "pi...i tak jak w kieleckim", nie wiem czy znacie takie powiedzenie, ale fakt nie raz podczas wizyty w Kielcach łba mało nie urwało!
Tym razem też podwiewało, ale przy temperaturach z ostatnich dni, to ten wiatr był naprawdę rewelacyjny!
Deptak ze zdjęć to właśnie ul. Sienkiewicza, zaczyna się tuż przy Dworcu Kolejowym a kończy przy Placu Moniuszki, ma długość prawie 1300m.
Nie miałam siły iść już wieczorem ze Stokrocią, P sam sobie pospacerował ale niestety bez aparatu, choć z drugiej strony powiedział ze był taki tłum ludzi, że zdjęcie po za tym waśnie tłumem nic więcej by nie wniosło. Wierzę mu na słowo, zwłaszcza, że nocowaliśmy w jednym z zabytkowych hoteli który się mieści przy Sienkiewicza i przez okno słychać było niesamowity gwar do późnych godzin nocnych- a okna naszego pokoju niestety (a może na szczęście) nie wychodziły na deptak.





 W głębi Pałac Biskupów

Ścieżka do parku


A park naprawdę bardzo ładny, i cienisty a to tamtego dnia chyba było jego największym walorem;)

 W parku były konie, takie pluszowe, do jeżdżenia, Stokrocia jak zobaczyła zwłaszcza tego Jednorożca to oczywiście nie darowała, mało tego naciągnęła nas też na najbrzydszy chyba balon ze wszystkich, ale oczywiście to balon Jednorożec.





Po spacerze skusiliśmy się na poranną kawkę i tu wielkie rozczarowanie (już drugi raz- pierwszy w Warszawie kiedy razem z Tusiową rodzinką kawowaliśmy na mieście), tym razem znów daliśmy się nabrać na szyld Blikle pewnie, że będzie miło i smacznie.
I nie piszę tego, żeby się chwalić, ale żeby Was zniechęcić.




Ani miło- bo byliśmy o 9:50 - kawiarnia czynna od 10:00 ale usiedliśmy sobie w cieniu pod parasolem, wzięliśmy kartę leżącą na półce przy stolikach i czytaliśmy spokojnie, na co wyszedł pan i dość nieuprzejmym tonem poinformował nas, ze oni otwierają dopiero o 10. Oj trzeba nam było wtedy nogi za pas i w las, a raczej pod inne parasole, których tam przecież nie brakuje, ale my nie zrażeni czekaliśmy do 10 licząc, że  może w godzinach pracy pan jednak przywdziewa inny humor. Niestety nie.
Ale co tam humor kelnera, każdy może mieć gorszy dzień,  ale żeby lody też miały gorszy dzień to już przesada. Wyglądały bardzo zachęcająco, ale smak pozostawiał wiele do życzenia a w owocowych były zamarznięte kryształki wody, i to wcale nie pojedyncze. No cóż, widocznie z dawnej cenionej marki pozostała już tylko nazwa.... Trzeci raz nie damy się nabrać.

Ale przecież Kielce to nie tylko Sienkiewicza:) naprawdę;)
Nie lubię Galerii handlowych, nie cierpię, czasem wiadomo trzeba się wybrać, ale dla mnie to kara, ale do czego zmierzam, ano do tego żeby przedstawić następne zdjęcie bo to właśnie zdjęcie CH- nie byłam tam i raczej się nie wybiorę, ale całkiem mi się spodobała, i nawet chyba pasuje do tego miasta, Galeria Korona.



To tylko tak w ramach przerywnika, może jest odrobinę zbyt złota, ale to jednak całkiem ciekawa elewacja, nie żebym kogoś namawiała na chodzenie do CH, co to, to nie;)

W Kielcach znajduje się Muzeum Zabawek i Zabawy KLIK i tam też postanowiliśmy pójść. 
Muzeum ciekawe, jednak Stokrocia jeszcze jest chyba za mała na takie atrakcje a to z prostej przyczyny: większości eksponatów zwyczajnie się bała. 
Ha, z niektórymi lalkami to ja sama bałabym się zostać w ciemnym pokoju....


Zapraszam Was zatem na krótkie zwiedzanie:


 Lalki z różnych stron świata





I zabawki rodzime:) Niektórzy pewnie pamiętają je z dzieciństwa:)

A pamiętacie Gąskę Balbinkę?
Ja nie pamiętam:(

Dla chłopaków też coś się znajdzie i to nawet całkiem pokaźna kolekcja, tylko trudno zrobić dobre zdjęcia:


A pod sufitem są modele samolotów, niestety żadne ze zdjęć nie nadaje się do pokazania.

A jak już od tych zabawek człowiek dostaje oczopląsu to może wyjść z dzieckiem na dziedziniec, gdzie jest piaskownica i różne pojazdy roweropodobne, a później na kawę czy soczek do pobliskiej kafejki połączonej z salą zabaw. Oj, tym to dopiero Stokrocia była zachwycona, i mogliśmy sobie zrobić krótki odpoczynek w dalszej wyprawie.
Zmęczeni trochę, więc coś trzeba zjeść, a jeśli zjeść w Kielcach to tylko w jednym miejscu!
Winnica! Od lat, zawsze i niezmiennie i polecam każdemu, kto choćby przejeżdżał tylko przez to miasto. Warto zajrzeć, wejść i zjeść. 

Winnica to miejsce z tradycją, w dodatku ma taką niesamowitą obsługę jak to bywało w dawnych czasach: kelner zawsze jest wtedy kiedy go potrzebujesz, a jednocześnie nie narzuca się i jest niemal nie widoczny, lubię zwłaszcza tych, którzy nie są tu najmłodszą kadrą. 
Kącika zabaw dla dzieci ani przewijaka niestety nie ma, ale dzieci są tu mile widziane.
Stokrocia uwielbia jeść tutaj swoją ukochaną zupkę, czyli rosołek, a w karcie się to nazywa Juszka z mięsem.  Prawdziwy rosół z prawdziwym mięsem, na zdjęciu już tylko resztka, ale wierzcie mi trudno było przekonać Stokrocię, ze najpierw zdjęcie a później jemy;)

Juszka z mięsem

I nasze ulubione danie Żarkoje, w zasadzie to prawie zawsze je wybieramy mimo iż w karcie są naprawdę cuda:) Zawsze jest tak samo dobre, tylko trzeba uważać bo to dość ostre danie, a wygląda tak:


Polecam też jedno z dań regionalnych, nawet chyba oznaczone znakiem Dziedzictwo Kulinarne Świętokrzyskie czy jakoś tak,  Pierogi Rzepichy- niebo w gębie, coś nieprawdopodobnego, smakują jak prawdziwe babcine pierogi! 
Do tej pory, a byliśmy tu już kilka, żeby nie powiedzieć kilkanaście razy - P zna to miejsce jeszcze z dawnych lat, kiedy w okolicach Kielc żył i podobno od zawsze jest tu tak samo, i jak do tej pory nie dałam się P przekonać do zjedzenia obiadu w innym miejscu w Kielcach- naprawdę warto tu zajechać, jest pysznie, miło i  niedrogo! 

Ale nie samych chlebem człowiek żyje, więc pojechaliśmy dalej:)

Jak wiecie zazwyczaj nie poprzestajemy na jednym miejscu tylko po drodze wyhaczamy co się da, tak było i tym razem, choć plany były inne bo mieliśmy odwiedzić stadninę hucułów, ale Stokrocia zasnęła zaraz po wyjechaniu z miasta więc pokrążyliśmy po okolicy niby bez celu, niby bo kielecczyzna jest bogata w ciekawe miejsca. 
Pierwsze z nich to Samsonów i Huta Józef. Właśnie odbywała się tam jakaś plenerowa impreza, ale z uwagi na to, że Stokrocia ledwo co zasnęła musieliśmy się zadowolić oglądaniem z zewnątrz tylko.



A kolejny na trasie stanął Dąb Bartek, leciwy już ten Bartuś, popodpierany  z wszystkich stron, ale jednak robi wrażenie.


Chciałam opisać jeszcze jedno miejsce Sobieszew i jego zamek, ale niestety awaria dysku spowodowała, że wszystkie ostatnie zdjęcia szlag trafił, i nie mam zdjęć z Sobieszowa, Krakowa i części Kielc.
Złośliwość rzeczy, albo to znak, że za dużo tych zdjęć, za długa ta notka, zdecydowanie za dużo cierpliwości od Was wymagam...

wtorek, 24 czerwca 2014

Jak nie planować wyjazdu, czyli i bez planu jest cudnie:)

Jeśli chcecie poczytać jak dobrze zaplanować wyjazd weekendowy to poczytajcie u Oli lub u Asi np TU
Olę od lat już podziwiam, nie tylko za super organizację ale i za podejście do wielu spraw.
Ja jestem zupełnym jej przeciwieństwem: nie lubię planować, nie lubię się trzymać sztywno planu, nie lubię być ograniczana terminami czy innymi nałożonymi na siebie harmonogramami.
Wolę robić wszystko spontanicznie, choć być może z tego powodu przegapię to i owo, bo nie na wszystko wystarczyło czasu, lub coś zwyczajnie ominęłam czy zapomniałam. Ale tak nieplanowanego wyjazdu jak ten to chyba nawet ja dawno nie przeżyłam, więc jak ktoś chce wiedzieć jak nie planować  wyjazdu to zapraszam do dalszej części:)
Tydzień z czerwcowym długim weekendem był dla nas wyjątkowo trudny, tak, że nie mieliśmy czasu ani siły zajrzeć gdziekolwiek i czegokolwiek zaplanować, wiedzieliśmy tylko, że nie chcemy siedzieć w domu przez te dni. Zwłaszcza, że lekarz pozwolił mi na wyjazd.
No właśnie tylko żadnych planów nie było...
Po południu usiadłam do komputera sprawdzając prognozę pogody i szukając jakiegoś miejsca, napisałam do Karoliny a ona odpisała: to przyjeżdżajcie do nas.
Ale jak to tak znienacka?
Tak niezapowiedzianie?
Tak.
Więc spakowałam nasze rzeczy i pojechaliśmy.
Bez planu, bez stresu.
Wiem co muszę spakować, wiem ze u nas najważniejsze rzeczy to smok (tak niestety ciągle jeszcze smok) butelka do mleka i mleko (Stokrocia jeszcze nad ranem pije butelkę "mlesia"). Wszystko inne powinno być ale jak czegoś nie będzie to da się przeżyć, bez butli i smoka nie da rady ;-P
Wyjechaliśmy z zamiarem dotarcia na noc do Torunia, bez rezerwacji noclegu, ot tak po prostu na wieczorny spacer po rynku....


W końcu to jedno Listy Marzeń, które udało się spełnić:)
Dotarliśmy późnym wieczorem, spacerowaliśmy jeszcze po 23 i wcale nie byliśmy jedyni z małym dzieckiem, bo były dużo młodsze dzieciaczki w wózkach.
I nocleg w hotelu był w tym, w którym P zamierzał nas zatrzymać, dostawki tylko o tej porze Pan nie mógł zorganizować, ale na tym wielkim łóżku to jeszcze ze dwoje dzieci by się zmieściło:)

Na takich wyjazdach nie trzymamy się zasad, że Mała musi o którejś iść spać czy że nie wolno jej tego czy tamtego- to jest takie nasze święto wiec cieszymy się wszyscy i naginamy zasady:)
Stokrocia jeszcze po północy rzucała się poduszkami a później chlapała w wannie.



Z resztą w takiej wannie, to kto by się nie chlapał;) Ja też skorzystałam z przewidzianych luksusów, w końcu w domu takich nie mam:)

Rano spała do której chciała, nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, jedynie taki aby pod wieczór dotrzeć do Tczewa, wszystko inne miało po prostu być radością.
I było.
Śniadanie w hotelu, leniwe i ..pyszne.
Uwielbiam hotelowe śniadania:)
Leniwy spacer po porannym a raczej południowym już Toruniu, kawa pod parasolem...





Kiedy byłam dzieckiem pamiętam taki wierszyk:
Ecie pecie gdzie jedziecie? Do Torunia kupić kunia....
Stokrocia wzięła sobie wierszyk do serca i dalszą podróż odbywaliśmy już w "stadzie":



I ostatnie spojrzenie na miasto z tarasu widokowego....


Czyż nie prawda, że to jedno z najpiękniejszych miast? 


W dalszej drodze też było leniwie, bo postanowiliśmy zjeżdżać wszędzie gdzie zobaczymy coś ciekawego.
Pierwsza w kolejce stanęła Chełmża.


Śliczny ryneczek, tylko jak to w takich małych miasteczkach bywa nie bardzo jest gdzie przysiąść.






Plaża, przystań, żaglówki.... 


Widok z tarasu restauracji ze zdjęcia poniżej.

Nie warto się jednak kusić na wizytę w tym miejscu, no chyba że wypić kawę na tarasie z uwagi na widoki, ale nie spodziewajcie się rewelacji. My się skusiliśmy z uwagi na to, że Stokrocia była głodna, ale zupa i tak nie bardzo dawała się zjeść, ale miejsce fajnie położone, aż szkoda, że tak podle karmią.

Później minęliśmy tablicę informującą ze dotarliśmy na Kociewie.

Jakby ktoś nie wiedział gdzie to jest i co to za kraina to na mapce wszystko widać;)

I takie oto widoki ukazały się naszym oczom:




Później Gniew.



Zamek


 Hotel, prawda ze całkiem fajnie zrobiony i z daleka wygląda jakby stał tu od wieków? Czyli jednak nowa architektura może pasować do miejsca, nie psując go a dopełniając.

 Widok na Wisłę.

Zdjęcie tablicy jest w dużym rozmiarze wiec można powiększyć i poczytać.


A wczesnym wieczorem dotarliśmy do Tczewa.

A tam czekała na nas Martusia i jej Rodzinka, z którą spędziliśmy radośnie pozostałe dni:)


Następnego dnia był Gdańsk i Sopot na chybcika, ale o tym już w drugiej części bo i tak wątpię czy ktokolwiek dotrwał do końca.
CDN....