Powiem wam, że czasem to sił mi brak na to wszystko.
Niby dorośli ludzie.... a no właśnie.
Ale od początku, a na początku było słowo. Zazwyczaj tak jest. Znaczy tutaj to właściwie było bez słowa i może w tym sęk, ale to trzeba by się nieco cofnąć w czasie a konkretnie to do piątkowego wieczoru.
Co jakiś czas jeździmy po zakupy do jednej z wielkopowierzchniowych hurtowni, bo jednak przy sześcioosobowej rodzinie to trochę tej spożywki idzie, a kupowanie w opakowaniach zbiorczych jest nieco tańsze. Dzieci jak usłyszały że jedziemy do wiadomego sklepu to zaraz podniosły się głosy: krewetki kupcie! W lepszych czasach faktycznie wizyta w hurtowni zazwyczaj oznaczała zakup paczki krewetek i weekendowe mega śniadanie, ale teraz no cóż, zamiast opakowania krewetek można kupić kilka paczek makaronu, ze dwadzieścia kg mąki, ze trzy paczki różnych kasz a i jeszcze zostanie na kg mielonego, tak że krewetki z pewnością nie są teraz artykułem pierwszej potrzeby.
Ale dzieci dodały:
-Ale my dajemy ze swoich pieniędzy "stówę" tylko kupcie.
Hmm no cóż, na takie dicktum to trudno nie przystać. Zamiast wydać na chipsy czy żelki wolą na krewetki. Kupiliśmy więc krewetki z zamysłem niedzielnego śniadania (to musi być weekend bo tradycyjnie wtedy śniadanie trwa z półtorej-dwie godziny, nikt się nigdzie nie spieszy, siedzimy sobie, rozmawiamy i jemy).
Ale pora wracać na ziemię.
Niedzielny poranek, wstaliśmy rano i okazało się że cytryn zapomnieliśmy kupić, więc Asterix z dziewczynkami wzięli się za szykowanie śniadania, a ja popędziłam do marketu (niech żyją niedziele handlowe!) po cytryny i świeże pieczywo (nie ma nic równie pysznego jak bułka moczona w masełku z pietruszką, w którym smażyły się krewetki, mmm pycha).
Wróciłam, stół naszykowany, patelnia skwierczy, wołamy więc na śniadanie nasze miłe sąsiadki czyli ciocię i mamę.
I tu się właśnie historia komplikuje: bo panie weszły, rozejrzały się, już miały usiąść do stołu, kiedy jedna nagle się odwróciła, powiedziała, że ona to dziękuje i poszła sobie. Ot tak i nie to, że nie lubi owoców morza, bo dotychczas lubiła, nawet bardzo.
I wiecie wtedy to nie wiadomo o co chodzi, co się stało, z jakiego powodu ta obraza majestatu.
I obraziła się na cały dzień, nie przyszła na obiad, nie zajrzała ani raz przez cały dzień.
Wierzcie mi, że świra można dostać. I nie, to nie jest jednorazowe, nie był to pierwszy i z całą pewnością niestety nie ostatni raz. Na początku to się tym przejmowałam, latałam dopytywałam o co chodzi, ale teraz po prostu nie ogarniam i się przestałam tym przejmować.
Życie jest za krótkie na obrażanie się, ale jeśli ktoś tak lubi, to co mi do tego.
Śniadanie było pyszne, aczkolwiek niesmak po fochu pozostał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz