piątek, 17 listopada 2017

Zbyt mało RAM?

Jakiejś zadyszki dostaję od tego życia w biegu. Ciągle coś, ciągle gdzieś. Nie żebym tam zaraz narzekała, bo lubię jak jest co robić i jak się dzieje, czasem tylko przydałoby się przysiąść i odpocząć przez chwilę, a się nie da.
Ciągle o czymś trzeba pamiętać, coś przynieść, gdzieś zadzwonić, do kogoś napisać, coś odebrać, coś kupić, zaczęłam już nawet sobie jakieś listy robić, oczywiście o ile człowiek zapamięta gdzie je zapisał albo gdzie położył to nawet się przydają. Ostatnio zamiast włożyć czytankę Starszej do plecaka (czytałyśmy jeszcze łóżku przed snem) to włożyłam do swojej szafki nocnej, dziecko w szkole nie miało. Zamiast drożdży do ciasta kupiłam kolejny kilogram cukru. a  kanapki do szkoły dziś były bez masła, bo zapomniałam, że wczoraj wyrzuciłam puste opakowanie.
Wychowawczyni rano przypomniała mi, że dziś w szkole impreza szkolna i trzeba było ubrać się na galowo, na szczęście w Pepco jakiś biały sweterek i ciemną spódniczkę udało się kupić, więc sytuacja opanowana. Jutro weekend, ale żeby nie było że odpoczniemy- z rana wybieramy się na imprezę urodzinową kolegi, a że mieszkamy na zadupiu i wszędzie mamy daleko, to zamiast  pospać odrobinę dłużej musimy wstać jak zwykle o 6, żeby z wszystkim zdążyć. Zapobiegawczo zestaw Lego Technics jeździ w samochodzie już od tygodnia...

poniedziałek, 13 listopada 2017

Codziennik

Świat realny dostarcza nam ostatnio tyle wrażeń, że wirtualny musi zaczekać na swoją kolej.
Zebranie było. to temat na osobną notkę, ale nie dziś, bo wymaga chwili skupienia.
Starsza dorasta chyba do szkoły, dziś rano SAMA sięgnęła po czytankę i stwierdziła, że chwile poczyta. Oczywiście wybrała jedną z łatwiejszych, ale grunt że zrobiła to sama z siebie.
Ścięła też włosy, na boba czy jak to się tam nazywa, na krótko w każdym razie.
Mamy ostatnio czas rozmów o tym, skąd się wzięła na świecie, a dokładniej jak się na nim pojawiła.
Młodsza za to wykańcza wszystkich swoją energią. to dziecko potrafi nie spać w ciągu dnia, zasnąć grubo po 22 i wstać o 5 rano i domagać się zabawy (było już tak, że domagała się kredek o 2 w nocy, więc 5 to pora całkiem -jak na nią- przyzwoita.... Mam nadzieję, że to tylko przejściowe, i niebawem wróci do normy.
Auto znów nie chce ze mną współpracować, najpierw przestały działać drzwi, później radio, teraz przestał działać jakikolwiek nadmuch, a termin do warsztatu odległy, tym sposobem podróże musimy ograniczyć do minimum, bo nie da się jeździć z ciągle zaparowanymi szybami.
Praca jak to praca- jak się ją lubi to nie ma na co narzekać. Cieszę się, że wróciłam dziś do biurka, bo strasznie mnie męczy pracowanie z domu/samochodu.
Udanego poniedziałku.
A co u Was?  zanim poczytam, może mi sami napiszecie?

piątek, 3 listopada 2017

Smętny listopad

Zawsze 1 listopada był dla mnie takim świętem raczej radosnym, pomimo wizyt na cmentarzu spotkania rodzinne, bez kłótni i nieporozumień, wszystko zostawało gdzieś na boku, rozmowy ściszonym głosem, wspomnienia. Raził mnie trochę ten jarmark futer, choćby 15 stopni na plusie było, makijaży i fryzur, ale gdzie indziej można się wszystkim jednocześnie pokazać jak nie tu (teraz jest fejsbuk (nie poprawiać) ).
W tym roku mnie to przerosło. Nie byłam w stanie z nikim rozmawiać, nie mam pojęcia kto był a kto nie. Nie byłam w stanie powstrzymać łez, nieustannie. Gdybym to przewidziała, pewnie wzięłabym coś. Niestety nie miałam nic przy sobie. Tęsknota, żal, wspomnienia, wszystko wzięło górę.
Mimo upływającego czasu wciąż boli. Bardzo.
Uśmiecha się ze zdjęcia, taki pogodny. Taki był -wszyscy mówią.
Był.
Był i to jest nie do zniesienia, że już tylko był.
A w uszach słyszę jeszcze Jego śmiech, widzę uśmiechnięte oczy, widzę jak usadza Młodszą na parapecie w kuchni, jak pokazuje jej sikorkę za oknem, jak Starszą uczy dodawania, jak ukradkiem daje im ptasie mleczko, czuję smak parzonej rzez Niego kawy....


poniedziałek, 30 października 2017

Szkolne zagadki

Przepraszam ale i mnie musiało się ulać.

Może mam mylne wyobrażenia o szkole, o wychowawcach i pierwszej klasie, o nauczycielach w ogóle, a może jestem jakaś przewrażliwioną nadopiekuńczą wariatką, ale wierzcie mi naprawdę próbuję ją zrozumieć, próbuję nawet polubić i ni cholery nie wychodzi.
Mowa o wychowawczyni. Nie potrafię, nie rozumiem i koniec.
Zagadka pierwsza.
Na zebraniu była mowa o tym, że skoro jest ten dziennik elektroniczny i daje takie możliwości to może nauczyciele prace domowe będą zapisywać w dzienniku, bo wtedy zaznaczą raz, a widzą wszyscy rodzice, a tak to każdemu dziecku z osobna sprawdzają czy zaznaczyło. Pomysł generalnie dobry, zwłaszcza kiedy dziecko akurat było nieobecne, ale jeden rodzic poprosił, że i owszem pomysł świetny, ale aby nie rezygnować również z zaznaczania prac domowych w ćwiczeniach - bo jeśli ktoś akurat nie ma możliwości zalogowania się do dziennika, to nie będzie wiedział, a i nawyk sobie dzieci będą wyrabiać, żeby zaznaczać. Prawda. Wychowawczyni przystała na to.
Teraz pytanie za sto punktów: ile razy w dzienniku elektronicznym pojawiła się informacja o pracy domowej?
Tak, dokładnie tyle: ani raz.
Ale za to któregoś dnia w ćwiczeniu znalazłam czerwoną uwagę: brak pracy domowej....  Nie było zaznaczone w ćwiczeniu co jest zadane do domu. Wina młodej, bo nie zaznaczyła, pani zapewne nie ma obowiązku sprawdzania tego, ale gdyby tak była informacja w dzienniku, tak jak było ustalone. Nic to, przeżyjemy.
Poza normalnymi zajęciami wychowawczyni prowadziła także zajęcia z logopedii, na które raz w tygodniu Starsza też chodziła. Któregoś dnia otrzymałam mail o treści: " Informuję, że zajęcia z logopedii są odwołane". Na pytanie czy są odwołane tymczasowo, czy na stałe nie uzyskałam odpowiedzi, dopiero po kilku dniach dostałam wiadomość (jak i wszyscy rodzice zapewne): "Informuję, że od dnia... zajęcia z logopedii odbywać się będą z nową panią".
W sumie mogła nie powiadomić, prawda? Chwała jej za to. Nazwiska pani nie ujawniono.
W-F- to kolejna sprawa. Na zebraniu wychowawczyni zapewniała nas, że ruch i zajęcia z WF jest dla niej bardzo ważne, i że niestety salę gimnastyczną jak na razie dostała tylko na 1 godzinę w tygodniu, ale że w miarę możliwości będą ćwiczyć na boisku, że zamierza jedną godzinę podzielić na pół, tak żeby każdego dnia dzieci miały trochę ruchu i w ramach tej pół godziny mogą poćwiczyć w klasie lub na korytarzu jakieś zajęcia typu aerobik, taniec itp. Strój na WF- jak zostało ustalone- będzie przechowywany w klasie, a w piątki dzieci strój będą zabierały do prania,  tylko żeby nie było sytuacji, ze w poniedziałek nie przyniosą, bo w poniedziałek właśnie maja salę. Zgadnijcie ile razy Starsza przyniosła strój do prania?
Tak nie przyniosła jeszcze wcale, a mamy za chwilę listopad! Usłyszałam rozmowę dwóch mam, dopytałam dziecko i tak proszę Państwa, nie maja wf, na sali byli chyba dwa razy: raz na początku roku, drugi raz w urodziny Starszej, pamiętam bo wróciła do domu z rychą na 10cm na szyi- ołówkiem na sali gimnastycznej się tak zarysowała, aż była u pielęgniarki. Tak czy inaczej nie ćwiczą w ogóle. Nie przebierają się w stroje, nie chodzą na salę, chyba że pani ze świetlicy czasem ich zabierze.
Kolejna sprawa:
Spóźnia się na lekcje notorycznie. Nie córka się spóźnia, tylko Pani. Żeby nie było każdemu się może zdarzyć wiadomo jesteśmy ludźmi, pani ma małe dziecko, nam też się zdarzyło 2 czy 3 razy, ale pani się ostatnio zdarza co dzień. Czemu to dla mnie taki problem? Bo ja też mam na 8 do pracy, jeśli pani jest chwilę przed 8 i mogę młodą odstawić do klasy to i ja zdążę na 8.00-8.05. Jeśli Pani nie ma to albo trzeba dziecko odprowadzić na świetlicę (świetlica jest do 8.00) albo trzeba czekać pod klasą aż ktoś przyjdzie, otworzy i przejmie opiekę nad dziećmi. Ostatnio codziennie w klasie rano jest inny nauczyciel wiec mogę ją zostawić i biec do pracy, ale to chyba coś jest nie tak.
Ale najlepsze zostawiłam na koniec.
Jakieś trzy tygodnie temu Starsza poznała kolejną literkę, nie pamiętam jaką, ale nie w tym rzecz. Na zebraniu pani mówiła, że przy wprowadzaniu kolejnej litery zawsze do nauczenia jest czytanka. Pytam więc: co jest zadane? Czytanka odpowiedziała Starsza. Ale w plecaku nie masz podręcznika z czytankami? (I podręczniki i ćwiczenia zostają w szkole a do domu przynoszą tylko te, które są niezbędne do odrobienia lekcji- czuwa nad tym pani, nie mają dostępu do szafy z książkami). Bo pani powiedziała, że nie ma mojej książki. Ale jak to "nie ma"? No nie ma. Pani powiedziała, że  w domu mam. Nie masz kochanie w domu na pewno. Zabierałaś ją do szkoły.
Ale Pani kazała poszukać. Poszukam, ale jestem pewna, że jej tu nie ma. Dwa tygodnie dziecko nie miało książki. Byłam pewna, że zabierała ją do szkoły i że na pewno tam musi być, ale przeszukałam dom dla pewności. Poszłam do miejscowej księgarni zapytać, czy można dostać ten podręcznik, bo co innego robić? Niestety okazało się, że nie można go nawet na zamówienie sprowadzić, we wrześniu to może jeszcze ale teraz nie ma i koniec. W internecie znaleźliśmy - niby ten sam, ale okładka inna i na zamówienie. Trudno, trzeba zaryzykować, zamówiłam.
W miniony poniedziałek zamierzałam napisać do Pani z zeszycie do korespondencji (nie wiem czy to cierpliwość z mojej strony czy głupota, że tak długo czekałam)  pytanie co się dzieje z tym podręcznikiem i jakoś tak się zakręciłam, że zapomniałam.
I zgadnijcie z jaka wiadomością tego dnia dziecko mnie powitało?
Znalazła się moja książka! Gdzie była? W szafie. Czy pani coś powiedziała?
Tak. A co? O! Haniu twoja książka jest!

Tak że ten, no teraz mi lżej.

czwartek, 26 października 2017

Angielska pogoda

Dziś u nas pogoda iście angielska więc zebrało mi się na notkę po-podróżną.
Ale dziś nie będzie ani głęboko, ani zdjęciowo. O zaskoczeniach będzie, o różnicach, czyli właściwie o niczym.
Pierwsze zaskoczenie to była pogoda właśnie. Wzięliśmy ze sobą  ciepłe ubrania i kalosze, bo wiadomo- Anglia = deszcz. Nie przydało się (na szczęście) ani jedno ani drugie.  Pogoda była piękna, świeciło słońce, było ciepło a chmurki dodawały tylko uroku zdjęciom;-)



W mieście zaskoczyły mnie bardzo wąskie uliczki. Już, już miałam wrażenie, że się nie zmieścimy, że się gdzieś przytrzemy, ale jakoś żadna taka czarna wizja się nie potwierdziła. Teraz już nie narzekam na nasze. A miejsca parkingowe?!?! Zwłaszcza na parkingu lotniskowym- dla mnie nie do zaparkowania, a oni wszyscy jakimś cudem się mieścili?! *

Tak dobrze widzicie zdjęcie robione jest z autobusu, z górnego poziomu i tak, ten autobus wjechał pomiędzy te dwa już stojące. A na końcu notki krótki filmik.

"Kolejki" też mnie zaskoczyły. Jedziemy sobie autobusem i pytam siostry: "za czym kolejka ta stoi? " bo nagle wzdłuż budynku stała sobie kolejka, tak ze 20 osób w ogonku. A siostra mówi: no do autobusu czekają. Tak po prostu, jeden za drugim.
Zaskakujące bo u nas to raczej się ludzie przepychają, jakby miało miejsca dla kogoś zabraknąć.
Zadziwili mnie też kierowcy- mega spokojni, bardzo chętni do pomocy. Kiedy kupowaliśmy bilet wytłumaczył jakie są pakiety i jaka opcja będzie dla nas najbardziej ekonomiczna, bez pospiechu, bez nerwów, bardzo spokojnie. Do każdego wchodzącego i wychodzącego dzień dobry i do widzenia oraz dziękuję na każdym przystanku.
I jeszcze jedna niesamowita sprawa dotycząca autobusów. Podjeżdża sobie taki autobus na przystanek i na wyświetlaczu "Sorry not in service",  kierowca rozlicza sobie kasę więc zapewne skończyła się jego zmiana, przychodzi drugi kierowca, wsiada na jego miejsce i autobus jedzie dalej. Bez zajeżdżania na bazę, w środku miasta- cudowne;)

Kolejnym zaskoczeniem były ceny. Wyobrażałam sobie, że będzie dużo drożej. Może bilety czy to komunikacyjne czy też do muzeów miały nieco wyższe ceny niż u nas, tak jeśli chodzi o takie zwyczajne rzeczy choćby spożywcze czy też niezbędne do życia (typu proszek do prania, pasta do zębów) porównywalne, a często (sporo) tańsze niż u nas.

Dla dzieci chyba dużym zaskoczeniem byli ludzie o różnych kolorach skóry i w przeróżnych ubraniach: od "księżniczek" (mamo zobacz księżniczka!) czyli ubranych w przepiękne kolorowe stroje Hindusek, poprzez kobiety noszące hidżab- dziewczynki uznały, że wyglądają jak motyle, panów noszących niesamowicie zamotane turbany na głowach, aż do zwyczajnie ubranych, mówiących  w różnych językach, ludzi.

Lekkim zdziwieniem były też dla mnie samochody, a właściwie to chyba dwie marki. Z resztą sami zobaczcie:

Wiele by jeszcze opowiadać. Ciekawy kraj z cała pewnością, bardzo inny od naszego.
Chciałabym tam wrócić niebawem...


* Po kilku dniach spędzonych w Anglii ja nie jestem przekonana, czy to są efekty specjalne czy może tak właśnie jest na prawdę (od 1.15) ....


poniedziałek, 23 października 2017

Zwariowana sobota

Ubiegły tydzień minął zadziwiająco szybko, pogoda nad morzem była bardziej niż zadowalająca, ale wszystko co dobre szybko się kończy, zwłaszcza pogoda,  więc na sobotę w planach mieliśmy wyprawę do Ustki po mamę. Dla nas taka wyprawa to minimum sześć godzin jazdy, tak przynajmniej twierdzi nawigacja, choć nam zawsze wychodzi ok dwóch godzin więcej.
W czwartek jednak Starsza dostała w szkole zaproszenie na organizowany już od wielu lat przez naszą szkołę (wcześniej jako gimnazjum) Festiwal Nauki i bardzo chciała pójść. Ja co prawda też chciałam, ale nie było jak tych planów pozmieniać, jechać i wracać w niedzielę nie damy rady, pójść na imprezę szkolną, która niestety w godzinach mało dla nas odpowiednich: 11-14?
Krakowskim targiem ustaliłyśmy, że jedziemy do szkoły na godzinę, a o 12 ruszamy na północ.
Bardzo ciekawa inicjatywa szkoły z tą imprezą.
Tematem przewodnim była starożytność, w bramie witali nas siódmoklasiści i gimnazjaliści omotani tkaniną, wyglądający prawie jak starożytni. Brrr ciepło to im na pewno nie było;-) Po odstaniu swojego w kolejce w końcu dostaliśmy się do gimnastycznej, gdzie czekało wiele różności tematycznych dla dzieci w każdym wieku.  Można było przejść labirynt Minotaura,  rozwiązać zagadki matematyczne, zapoznać się z techniką której używali starożytni, polepić z gliny, obejrzeć gladiatora, przeprowadzić akcję ratunkową na fantomie  a także pokolorować malowanki- dla każdego coś dobrego.  Na scenie można było usłyszeć występy uczniów zarówno obecnych, jak i tych którzy już opuścili mury tej szkoły a jednak zdecydowali się śpiewać dla obecnych.

Zdjęcia ze szkoły jeśli jakieś będą- uzupełnię później, bo telefon odmawia współpracy.

Żal trochę było opuszczać imprezę o oznaczonym  czasie, przedłużyłyśmy więc o pół godzinki, ale jednak czekające nas kilometry miały decydujący głos.
Za to Ustka gościnna jak zawsze. Dotarłyśmy kiedy było już dobrze ciemno, było przyjemnie ciepło, choć padało trochę. Nie oparłyśmy się oczywiście wyjściu na plażę. Wróciłyśmy nieco zmoknięte, ale bardzo zadowolone.
Uwielbiam miasteczka turystyczne po sezonie i zupełnie nie rozumiem po co ludzie tam jeżdżą wtedy, kiedy jest dziki tłum?









A to już nie Ustka, ale też pięknie:




wtorek, 17 października 2017

Pasowanie na Ucznia

Trzeba odczarować ten czas i pisać,  choćby krótko.
Nie jest źle, bo wczoraj zaczęłam przeglądać zdjęcia, i nawet coś się do publikacji nadaje, więc możliwe że będzie notka. Ale to nie dziś.
Dziś patetycznie będzie.
Jak już wspominałam Starsza miała uroczystość pasowania na ucznia. 
Było bardzo uroczyście i z fanfarami. Odśpiewanie Hymnu chyba nie tylko mnie wyciskało łzy z oczu, a dalej już był tylko bardziej łzawo. 
Obyło się prawie bez pomyłek, starsze klasy spisały się na medal, a i pierwszaki były świetne.


 Wychowawczyni dostała upominek od klasy IV pamiątkowe zdjęcia z trzech ostatnich lat- okazało się, że to jej wychowankowie razem z nią przeszli do tej szkoły.


Na tym może zakończę relację, bo żal zakłócać tak podniosłego wydarzenia.
O tym co mnie gryzie napiszę kiedy indziej....

poniedziałek, 16 października 2017

Słowo na poniedziałek

Nie wiem od czego zacząć, tyle się ostatnio dzieje, a ja mam jakieś 10 minut na pisanie.
Jeszcze nie rozpakowałam walizki z podróży sprzed tygodnia (autentycznie -z ręką na sercu leży ciągle z salonie i przeszkadza, ubrania zostały w niej wyjęte ale zostały tam prezenty dla rodziny, których nie ma kiedy przekazać i tak leży i czeka i straszy i nie ma czasu się nią zająć), a znów w piątek pakowałam walizki na weekend i znów  w drogę.  Zawieźliśmy Mamę na tydzień nad Bałtyk, niech sobie pooddycha, poodpoczywa, dawno nie była nad morzem (chyba ostatnio jeszcze z Tatą, jak Starsza miała dwa lata, byli tydzień w Kołobrzegu), ale że na tydzień, to oznacza, ze za tydzień znów nas czeka podróż...
W ubiegłym tygodniu działo się tyle, że nie było naprawdę chwili oddechu, na ten przykład pasowanie na ucznia. Nie, wcale nie płakałam, ani trochę, to tylko coś mi do oka,wpadło, no dobrze, do obu....
Myślami jestem ciągle po drugiej stronie kanału La Manche, ale nie mam nawet kiedy obrobić zdjęć. Może ten tydzień będzie spokojniejszy, może coś się uda napisać.
Już ogłosiłam wszem i wobec (domowników), że to jest tydzień nic nie robienia, zobaczymy na ile to wyjdzie.....

wtorek, 10 października 2017

jestem

Chyba zaczynam wracać do tego świata, ale lekko nie jest. Jutro zapowiada się bardzo ciężki dzień, prawie na pewno nie będę mieć nawet pól chwili, żeby zajrzeć do internetów. Jestem potwornie zmęczona wydarzeniami ostatniego miesiąca, ostatnie kilka dni miały być w teorii wypoczynkiem a w praktyce były jeszcze bardziej męczące, niż cały ostatni miesiąc. 
Jak to dobrze wrócić po tych kilku dniach i zobaczyć w komentarzach, że jesteście, mimo że mnie ostatnio nigdzie nie ma.

środa, 4 października 2017

codziennik

Moja doba skurczyła się chyba do 3 godzin tylko:(
Młodsza chora w domu, Starszą trzeba zawieźć i przywieźć ze szkoły (lekko 140km dziennie).
W domu część pracy (tej etatowej) i tak trzeba ogarnąć.
W międzyczasie było zebranie w przedszkolu, lekcje tańca, na które raz w tygodniu biegamy, zbieranie grzybów w puszczy i lepienie pierogów przez cztery wieczory z rzędu (wrrr, mówiłam kupić, to nie! ale wiadomo swoje najlepsze) do tego reset komputera bo się spsuł biedaczek, reklamacja samochodu po blacharzu- ciąg;e nie naprawiona, bo blacharz... wyjechał na urlop w międzyczasie i jeszcze długo by można wyliczać.
W internetach mam zaległości jak stąd do Krakowa (nie wiem czemu do Krakowa, bo lubię i już) a te internety to jednak taka odskocznia od codzienności jest. Tak że wiecie w miarę możliwości czytam, ale dyskusję włączę się dopiero jak się trochę odkopię z tej codzienności. Internetu w telefonie nie mam wiec żeby poczytać trzeba włączyć komputer, a jak się włączy to nagle nie wiadomo skąd przybiegają i wołają:
Cio lobiś? ja teś chcę!
Włącz mi bajkę!
Ja teś! Ja teś!
Ja chciem piosienki!
Nie, piosenki nie ja chcę bajkę!
No dlaczego nie chcesz nam włączyć? No proszę!
Plosię!
Tak, ze sami rozumiecie.
Jak młoda wyzdrowieje i wrócę do pracy to wróci też i normalność... mam nadzieję.

środa, 20 września 2017

Wiadomo

Po takim zebraniu klasowym świat od razu wygląda inaczej.
Wiadomo już czyj tata jest policjantem a czyja mama jest "chybalekarzem", kto prowadzi firmę i że nikt nie będzie piekł ciast. Wiadomo, kto się bardzo spieszy i musi już natychmiast wyjść i absolutnie nie może czekać do wyboru trójki klasowej, wiadomo też kto -w razie czego- zmieści się pod ławkę, byle tylko przypadkiem nie musiał do tej trójki należeć. Ale wiadomo  też, że są i tacy "odważni" którzy po krótkiej rozmowie sami się do tej trójki zgłosili, więc wybór był tylko formalnością.
Z wiadomych rzeczy to jeszcze i to, że wychowawczyni okazuje się być całkiem normalnym (na drugi rzut oka) człowiekiem a pierwsze, dość chłodne wrażenie, mogło być jednak skutkiem stresu spowodowanego zarówno spotkaniem z rodzicami jak i zmianą placówki, do której zapewne niejako została przymuszona. Wiadomo też, że w przyszłości należy zorganizować na zebranie czajnik, kawę i ciasto, bo spraw do omówienia zazwyczaj jest dużo, a większość rodziców pędzi prosto z pracy i kawa na pewno nam takie (przymusowe)  spotkania umili- żeby nie było propozycja wyszła od wychowawczyni i czajnik to ona wymodli ona u dyrektorki. 

wtorek, 12 września 2017

Z dziećmi po Mazurach cz.1 Statkiem po trawie

Ostatni weekend postanowiliśmy spełnić jedno z marzeń i odbyć rejs po kanale Elbląskim.

Marzenie w sumie spełniło się częściowo, bo zamiast rejsu 4,5 godzinnego wybraliśmy taki o  trzy godziny krótszy, to jednak jestem bardzo zadowolona.

 O kanale Elbląskim można poczytać tu  KLIK..


 


Jak pokonać różnicę poziomów miedzy jeziorami? I to nie byle jaką bo aż 100m? 

poniedziałek, 11 września 2017

Histeryczna próba złapania lata za nogi

Tak jak  w tytule:
wreszcie słoneczny weekend przeznaczyliśmy w całości na próbę wydłużenia sobie lata.
Udało się, wypełniony po brzegi, ok 700 km drogi, dwa jeziora, zalew, kanał, 4 miasta. wymęczeni ale zadowoleni wróciliśmy wraz z deszczem do domu.
Kolejne chorągiewki wbite w mapę,
kolejne zdjęcia czekają na stworzenie albumu.




Ech, a teraz pora wrócić do rzeczywistości...

czwartek, 7 września 2017

O wychowawcy

Nie miałam jeszcze nigdy dziecka w pierwszej klasie, wiec nie mam doświadczenia. Ze swoją własną pierwsza klasą nie ma co porównywać, to były inne czasy, w klasie było nas pięcioro, kredki ołówek, zeszyty i blok rysunkowy to było całe wyposażenie, podręczniki szkolne i już. Zupełnie inny świat.
Teraz wszystko jest dla mnie nowe, ale po pewnym doświadczeniu jakie mam z przedszkola trochę inaczej sobie to wyobrażałam i nie wiem czy to przedszkole tak mnie zepsuło, że mam pewne wątpliwości, czy jednak nie jest do końca tak jak powinno. Bardzo proszę więc o wypowiedź zwłaszcza osoby mające doświadczenie jako rodzice ale też koleżanki nauczycielki- bo ciekawa jestem jak to wygląda z drugiej strony, bardzo będę zobowiązana.
Jak już pisałam wychowawczyni 1a nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, chociaż może to za dużo powiedziane, po prostu czuje się jakiś taki dystans nie tylko do rodziców ale również do dzieci, jest jakaś taka sztuczna. Nie chce się do niech zniechęcać od początku- wiadomo dla wszystkich jest to nowa sytuacja, nauczycielka musiała opuścić swoją starą szkołę i przejść do nowo powstałej- rozumiem, że może w tym też być problem, nowe środowisko, wiadomo że człowiek z pracą się zżywa mniej lub bardziej, a może tamta szkoła to było wymarzone miejsce jej pracy? Nie wiem szukam po prostu wytłumaczenia.
W dniu pierwszym- nudnym jak to określiła córka- po wszelkich przemówieniach i sprawach organizacyjnych, po rozdaniu kompletów książek wychowawczyni zaproponowała, aby z czasem dzieci przyniosły do szkoły książki, których już nie czytają a którymi chętnie podzielą się z kolegami na zasadzie klasowej biblioteczki, z której to będą korzystać na przerwach.
Dziecko zapakowało do plecaka wszystkie książki, dwa zeszyty i wybrało ze swojej biblioteczki trzy książki, które chciało właśnie na użytek klasy przeznaczyć. Matka zaś spakowała wyprawkę, którą w ostatnim tygodniu wakacji dyrekcja wypisała na stronach szkoły, a która to wyprawka zawiera wszelkie przybory do wyrażania plastycznych wizji świata czyli bloki, papiery, farby, kredki, mazaki, plasteliny itp. była tego cała wielka torba- wszystko co się dało podpisane pełnym imieniem i nazwiskiem tak jak Pan Bóg i dyrektor przykazał- cała wyprawka ma być składowana na półce dziecka również opisanego imieniem i nazwiskiem, aby nie trzeba było wszystkiego niepotrzebnie nosić, aby wszystko było na miejscu. I słusznie.
Ten pierwszy poranek był strasznie szaleńczy i niepoukładany, torbę z  wyprawka oddałam do rąk wychowawczyni (jak i pozostali rodzice) dziecko nieco przerażone  zostało dzielnie posadzone miedzy dwiema innymi dziewczynkami w pierwszej ławce i dzień się zaczął. Nie było czasu zamienić z wychowawczynią słowa, bo kilkoro dzieci w tym samym czasie wchodziło, oddawali wyprawki, dzieciaki zagubione jak to pierwszy dzień. Wychowawczyni przekazała nam do kontaktów swój nr telefonu aby był kontakt na bieżąco. 
Na około godzinę przed końcem lekcji napisałam do wychowawczyni sms że przepraszam bo  nie mam jeszcze zeszytu do korespondencji, ale  Hania dziś wzięła te książki do biblioteczki klasowej, że jest trochę przerażona i że możliwe że będzie się wstydziła powiedzieć o tych książkach. 
Wieczorem dostałam odpowiedź, że wiadomo ze wszyscy się stresują na początku, że jak czegoś brakuje to powoli można uzupełnić, że będzie dobrze.
Ok. 
Hania wróciła do domu z książkami w plecaku.
Wczoraj po szkole rozmawiamy o tym jak było, o tym co robili, czy już wie gdzie co jest. Hania rozpromieniona mówi, że dziś już robili dużo różnych rzeczy, a miedzy innymi wycinali kolorowe liście z papieru, i po chwili diametralnie zmienia jej się nastrój w oczach prawie łzy i mówi, ale nasz pani te nasze liście wyrzuciła do kosza. Niemożliwe- mówimy jej, a może ty na świetlicy wycinałaś te liście? Nie, w klasie z naszą wychowawczynią. Widziała jak wrzuciła je do kosza.
No cóż mam nadzieję, ze to jednak jakieś ścinki tylko były, a nie faktycznie te wycinane przez dzieci liście, może dziś coś się wyjaśni, ale nawet jeśli to były ścinki to chyba jednak pani powinna zadbać o to, żeby dzieci nie maiły poczucia ze ich praca trafiła do kosza, albo mogła je wyrzucić po lekcjach.
Wieczorem siadamy do odrabiania lekcji,. oglądam ćwiczenia i zadanie które robili w szkole brzmi mniej więcej tak: narysuj minę wyrażającą twój dzisiejszy nastrój w szkole i na pół strony narysowana buźka z podkówką skierowaną w dół. Pytam wiec czy była smutna? Odpowiedź brzmi tak. A dlaczego? Bo nie miałam kredek. Ale jak to nie miałaś kredek, przecież w twojej wyprawce, którą zaniosłam wczoraj do szkoły są kredki. Ale pani nie rozpakowała jeszcze.
Dla mnie to jakieś wielkie nieporozumienie.
W spisie wyprawki napisane było, że piórnik ma zawierać dwa ołówki, gumkę białą, nożyczki, klej, linijkę i temperówkę. kredki, farby i bloki miały być w tej części, która leży na półce w szkole. Nie wiem nie znam się, ale zrozumiałam, że te kredki są do użytku dzieci nie tylko na zajęciach plastycznych, że po prostu jak są potrzebne do wypełniania ćwiczenia z matematyki to idą do swojej szufladki i je biorą. Nie wiedziałam że w piórniku powinien być drugi zestaw. 
Powiedzcie mi czy pani jednak w takim wypadku, kiedy widzi, że dziecko nie ma drugich kredek w piórniku, że wypełnia wszystkie zadania ołówkiem i że ma za plecami (swoimi plecami przy biurku, a nie dzieci na półkach) wyprawkę zawierającą wszystkie potrzebne rzeczy, choć może jeszcze nie wyłożyła jej na półkę to czy nie powinna jednak dać dziecku kredek? Kurcze ona ma w klasie tylko 22 osoby ( z czego dwie jeszcze nie przychodzą). Nie wiem,  a może to ja się czepiam? Może za dużo wymagam, bo to nie jest już przedszkole i dzieci mają same dbać o wszystko?

środa, 6 września 2017

Czarna owca

No to ponarzekam na rodzinkę trochę.
Czarną owcą w rodzinie jestem nie od dziś. Wiadomo najpierw był rozwód, który w prawdziwych katolickich rodzinach jest grzechem wielkim i zdarzyć się absolutnie nie powinno, później były dzieci a wiadomo że jak porozwodowe to znaczy, że nieślubne. Na dodatek jeszcze poglądy polityczne śmiałam ujawnić, a wiadomo kto nie jest z nami ten jest gorszy sort. Dziwne, że jeszcze jakiegoś egzorcysty na mnie nie nasłali, ale może adres zgubili a głupio zapytać ponownie. 

wtorek, 5 września 2017

Szkoła

I poszła do szkoły.
Nie mogę pozbierać myśli, żeby napisać coś sensownego.
Wczoraj było odsłonięcie tablicy bo właściwie jest to nowa szkoła, przemówienie burmistrza, przemówienie dyrektora, generalnie wielkie niezadowolenie ze zmian, jakie wymusiła reforma ale zapewnienie, że wszyscy zrobią wszystko co w ich mocy, aby jakoś to ogarnąć. W szkole są dwie ostatnie klasy gimnazjum, oraz klasa 7, 4 i 1... dziwnie, ale tak wyszło. Wiadomo wszystko trzeba było pozmieniać, nawet pierwszy września trzeba było zmienić, żeby było tak jak było. Klasa pachnie nowością, od 18 lat nie uczyły się tu małe dzieci, więc wszystko jest nowe: nowe pomoce, tablice, szatnia, nowe ławki, tylko krzesełek nie ma jeszcze, bo producenci nie wyrabiają, będą w ciągu miesiąca. Mamy pożyczone z innej placówki na tan czas. Wychowawczyni ciągle mnie nie porywa. Mam wrażenie jakby nie była przygotowana do swojej roli, albo jakby nie odrobiła pracy domowej, a mam na myśli na przykład to, że na pytanie rodziców gdzie jest świetlica, bo od dziś większość dzieciaczków po lekcjach właśnie tam ma się udać, odpowiedziała  z rozbrajającą szczerością, że nie wie bo nie pytała, nie czytała oświadczeń, które nam przekazała do podpisania... Mam nadzieję, że do dzieci będzie miała inne podejście.
Z ciekawszych rzeczy: pani dyrektor wyraziła swoje oczekiwania wobec nowych uczniów, przydzieliła im też zadania już od pierwszego dnia,  na ten przykład uczniowie klasy siódmej odprowadzili do klasy pierwszaków. Generalnie jest to tak miła i pogodna osoba, że chyba nie bez powodu gimnazjum pod jej opieką cieszyło się świetną opinią.
Rodzice też są trochę zagubieni, myślę, że dla sporej większości to pierwsze dzieci w szkole. Do tego jest jeszcze wiele niedomówień, wiele niewiadomych.
Plan na najbliższy tydzień zakłada za to naukę w godzinach 8.00-11.45, obiady powinny zacząć funkcjonować od połowy września a realizowane będą przez firmę zewnętrzną, co więcej czas pokaże. w połowie września zebranie, pewnie wiele rzeczy do tego czasu się rozjaśni.


Pogoda dziś odzwierciedla mój nastrój, ale w nie dotyczy on szkoły. Ze szkołą to jednak wiąże nadzieje, a nawet jestem pewna, ze będzie dobrze a może nawet bardziej niż dobrze i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu..

niedziela, 3 września 2017

Czary-mary

Wbrew pozorom nie będzie o spotkaniu czarownic blogerek.
Właściwie to zdjęcia powiedzą to lepiej niż jakiekolwiek słowa, napiszę więc bardzo krótko.
W jeden z wakacyjnych dni wybraliśmy się do miejscowości Bolimów ( i okolicznych, ale rozładowała mi się bateria w aparacie, wiec chyba musimy się wybrać jeszcze raz;-P). 
Mieści się tam Warsztat Garncarski Rodziny Konopczyńskich.  KLIK.
To co robi garncarz wygląda naprawdę jak czary-mary, w krótkiej chwili z szarej bryłki lepkiej masy wyczarowuje niesamowite rzeczy!
Z resztą co ja będę opowiadać, zobaczcie sami:















Serdecznie polecam ot miejsce, zwłaszcza na wizytę z dziećmi!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Leniwy weekend

Ostatni weekend wakacji za nami.
Totalne lenistwo! Najpierw planowałam, aby ten ostatni weekend spędzić gdzieś z dala od domu, odkrywając znów kawałek polski, ale w ostatniej chwili zmieniliśmy plany i chyba na dobre wszystkim to wyszło.
W piątek starsza zaproszona była na urodziny przedszkolnej koleżanki, właściwie to przyjaciółki można chyba powiedzieć. Pisałam kiedyś o Lence. Dziewczynki chodziły razem do żłobka, później do przedszkola przez rok, a później Lena dostała się do przedszkola "państwowego" i ich drogi się rozeszły, aczkolwiek niekoniecznie bo dziewczynki tak często wzajemnie o sobie wspominały, że zdecydowałyśmy się od czasu do czasu spotykać, i tak przyjaźń między młodymi kwitnie, a ja też lubię rodziców Lenki. Tak czy inaczej imprezka urodzinowa obywała się w ogrodzie, dzieciaki szalały na trampolinach, huśtawkach i innych hamakach i dopiero jak się zrobiło mocno ciemno z nieukrywanym zawodem dały się powciągać do samochodów.
Padły jak kawki w drodze powrotnej, brudne ale jakie szczęśliwe;-)
W poranek sobotni wspólne śniadanie,  a później plac zabaw, bajki, klocki i co tam jeszcze sobie chciały;) Na obiad (całkiem udany z resztą) pojechaliśmy do miasta, po powrocie do domu znów zabawa, a wieczorem grill i trampolina aż do nocy, mało brakowała a zasnęły by na tej trampolinie, he he starsza nawet sobie koc z domu przytargała żeby się wygodnie ułożyć;)
A w niedziele to już totalne lenistwo: oglądanie filmów familijnych, klejenie, wycinanie, koralikowanie, czytanie przerywane tylko zabawą na podwórku.
Po tych wszystkich weekendach wypełnionych po brzegi chyba takiego błogiego lenistwa w domu dziewczynki jednak potrzebowały: bez pospiechu, bez godzin jazdy w samochodzie, robiły co chciały i jak chciały, chodziły w piżamach i w księżniczkowych sukienkach, taka zupełna beztroska...
A teraz... pora planować wrzesień, bo też mamy masę planów i jeśli tylko pogoda będzie łaskawa, to na pewno nie usiedzimy w domu;-)

piątek, 25 sierpnia 2017

Coś się kończy, coś się zaczyna....

W tym tygodniu Starsza przyniosła do domu teczkę ze swoimi pracami z przedszkola.
Otrzymała też Dyplom Ukończenia Przedszkola (właściwie powinno być zerówki).
Jeszcze do końca miesiąca może chodzić do placówki, choć już od poniedziałku w przedszkolu zmiany, dzieci przechodzą ze żłobka do starszych grup, starsze grupy staja się zerówką, większość dzieci z jej grupy od miesiąca już nie przychodzi, kilka osób zostaje na drugi rok z zerówce, właściwie to ona jest jedyna która idzie do pierwszej klasy mają 6 lat.
Nie może się już doczekać, ciągle pyta: no kiedy wreszcie będzie ta szkoła?
Pamiętam, że ja też nie mogłam się doczekać pójścia do szkoły i mnie- na szczęście- tak zostało przez wszystkie lata i teraz też bym sobie jeszcze chętnie jakiś kierunek postudiowała, ale wiadomo jak jest.
Mimo wszystko trochę mi smutno. Chciałabym ale ten ostatni tydzień wlókł się jak najdłużej, w końcu moja mała dziewczynka zamyka nieodwracalnie pewien etap swojego życia, za chwilę już nie będzie przedszkolakiem, tylko najprawdziwszym uczniem.
Jest taka ciekawa tej szkoły, nowych znajomości, świata;-)
Boję się trochę tych zmian, ale to raczej w sensie logistycznym, bo przez pierwsze dni trudno nam będzie to wszystko ogarnąć, ale wierzę, że niebawem wszystko się ułoży.
Za to młodsza kończy przygodę ze żłobkiem. Od poniedziałku będzie już przedszkolakiem.
Miejsce to samo, inna sala, inni wychowawcy ale wszystkich zna, więc nie martwię się jak przyjmie zmiany. Ale troszkę mi żal, że znów coś się nieodwracalnie kończy, zaczyna się kolejny etap, bardzo ciekawy i  radosny, ale jednak kolejny....
Ech zmienność jest nieodłączną częścią życia, ale czasem tak trudno pogodzić się ze zmianami, zwłaszcza ze przypominają o nieuchronnym upływie czasu.....
Ostatni tydzień wakacji staramy się jeść pełnymi garściami, upychamy go po kieszeniach, ile się da, wkładamy w słoiki na zapas...




sobota, 19 sierpnia 2017

Uważajcie na drogach

Któregoś wieczoru spotykam sąsiada ze wsi, który w jednej dłoni trzyma pokaźny pęk czarnego włosia.
-A to? To grzywa. Jechałem na Karej, o tu ulicą i tu koło was spadłem. Trzymałem się grzywy to mi w ręku została, o. - zademonstrował.- I jeszcze łbem o asfalt przy....em.
Wiem, że ma dwa konie, więc nie wątpię, że mogło być tak, jak mówi.
-Jak to z konia spadłeś? -dociekam - i jeszcze  z tym? - pokazuję na to, co gość próbuje  niezdarnie próbuje  upchnąć do kieszeni.
-A bo się zapomniałem. Jechałem i trzymałem się grzywy, i myślałem, że jestem w trasie (kierowca ciężarówki) i pozycję chciałem zmienić....

Uważajcie na ulicach, zwłaszcza jadąc przez nieduże, spokojne wioski. One są tylko z pozoru spokojne.
Sąsiad -poza koniem- ma też motocykl: "szlifierkę"/"ścigacza" jak kto woli, wiadomo o co chodzi. Od piątku nie trzeźwieje, a poniedziałek jedzie w trasę do Sztokholmu.
Poza pijanymi/najaranymi ludźmi można spotkać niespodziewanie również krowę, kaczkę, dzika czy innego bociana (łażą tutaj bezkarnie po ulicy, tak że wiecie łatwo można wpaść;-), ale nie zdziwiłabym się wcale, gdyby któregoś dnia drogę mi przebiegł jakiś napruty wielbłąd...

czwartek, 17 sierpnia 2017

Antyreklama


Pominę już, że 6 dni wcześniej otrzymałam sms od firmy kurierskiej, o treści mniej więcej: twoja przesyłka dotarła do nas na magazyn, w ciągu pięciu dni roboczych prześlemy ją do ciebie, o czym wcześniej powiadomimy smsem.


Środa, godziny popołudniowe.
SMS przysłany przez firmę kurierską o treści:
"Panstwa przesylka zostala załadowana na pojazd- kierowca Krzysiek (tu podany nr telefonu).
Kierowca nie ma obowiazku wnoszenia towaru.prosimy oczekiwac na dostawe. Nieodebranie przesylki w wyznaczonym przez kierowce terminie moze znacznie wydluzyc termin dostawy"
Pisownia oryginalna.
Sms przesłany jest chyba z systemu, bowiem nie ma możliwości odpowiedzi na niego. Na paczkę oczekuję od ponad tygodnia, więc nie powiem sms mnie bardzo ucieszył, nawet jeśli nie było o tym mowy przy składaniu zamówienia, że dostawa będzie trwała tyle dni, a na końcu okaże się, że to kierowca ma ustalić termin i w dodatku sama mam sobie wnieść paczkę, a przesyłka była gabarytowa. No cóż...
Czekałam na telefon od kuriera, aby mnie oświecił, o której raczy się zjawić. Niestety ok 18 sama wykręciłam nr do niego. Najpierw nie wiedział o co chodzi ale po kilku minutach oddzwonił.
-Bo wie pani ja bym chciał być jutro o 6 rano z tą przesyłką.
-O 6? Ok, może być 6- odpowiedziałam.
-Ale będzie pani miała kogoś do rozładunku. Bo ja tylko dostarczam!
-Będę.
W sumie i tak o 6 wstajemy, o 6 też zaczynają pracę na dachu, wiec będzie miał kto rozpakować ten nieszczęsny kurierski pojazd.
Czwartek.
Rano, godz 5.20 dzwoni telefon. Spojrzałam na telefon, wyciszyłam położyłam się, dzwoni drugi raz - wysłałam sms: proszę o sms bo mi dzieci śpią.
Pomyślałam, ze może ten kurier gdzieś się pogubił, trafić nie może albo coś.
Czekałam na sms, ale nie doszedł wiec zasnęłam. Po chwili znów dzwoni.
Odbieram zła jak osa.
-Bo ja już jestem u pani- kurier na to.
-Ale miał pan być o 6 a jest po 5.
-No ale jestem, proszę odebrać towar.
-Chyba pan oszalał jak ja panu teraz towar mam odebrać? Co mam chodzić po wsi i ludzi budzić bo pan za wcześnie przyjechał? Mówił pan na 6, to na 6.
-Ale ja mam dziś 35 adresów do objechania, jak nie zacznę wcześniej to nie zdążę!- on do mnie z pretensją- to jak już się pani obudziła to nie może pani odebrać?
-A co ja panu poradzę? Taka praca! Trzeba się było na 5 umówić, a skąd ja panu o tej porze ludzi wezmę.
-To co nie odbierze pani?
-O 6, tak jak się umówiliśmy.
Gdyby mógł rzucić słuchawką to na pewno by to zrobił, ale zakładam że telefon tego dnia był mu jeszcze potrzebny, więc co najwyżej mógł sobie w bramę kopnąć.
Finalnie i tak jakieś dwadzieścia minut przed czasem udało się postawić wszystkich na nogi i paczki odebrać, gdyby chociaż ciołek powiedział, że sam ją wyniesie, bo duże ale w sumie lekkie, to byłby wyjechał wcześniej. Na koniec jeszcze się okazało, że jedna z paczek jest uszkodzona i brakuje części, co prawda najpierw powiedziałam, żeby sobie zabierał wszystko i przyjechał jak będzie w całości, ale przecież, aż taka jędza nie jestem, spisał protokół uszkodzenia i pognał dalej....

Rzeczona firma kurierska nazywa się Colmar Trans.
Nie polecam.

sobota, 12 sierpnia 2017

Lato nie sprzyja blogowaniu.....

.... ale sprzyja blogospotkaniom;-)

Kiedy do nas przyjedziesz?- zapytałam koleżankę- choć bez większej nadziei, przyznaję.
-A mogę jutro?- usłyszałam w odpowiedzi.
-No pewnie, że możesz!- chętnie bym krzyknęła, ale klawiaturą się nie da. Ok, bałam się do końca, że jednak odwoła, albo coś jej wypadnie, ale udało się i przyjechała. Spóźniona nieco dopadłam  do dworca, szczęśliwie nic w powrotną stronę nie jechało i Koleżanka czekała jeszcze i nawet nie było widać paniki w jej oczach, albo jeszcze zwyczajnie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jest.  
Obie serdecznie się przywitałyśmy, bo co tu ukrywać bardzo się lubimy i bardzo się ucieszyłyśmy na czekający nas wspólnie spędzony czas.
-Jaki tu spokój- powiedziała Ona, bo na dworcu kilka osób może, choć to główny dworzec miasta.
-Poczekaj aż dojedziemy, zobaczysz co to spokój.
Chłonęła widok naszej puszczy, kiedy pustą drogą mknęłyśmy nieco ponad dozwoloną prędkość. Szybciej to ryzyko: sarny, jelenie, dziki i łosie,  to tutaj codzienność,słonie i zebry tylko po trawce. Nie licząc kierowców idiotów, ci mogą się pojawić chyba zawsze i wszędzie. 
Za każdym razem kiedy tędy jadę zachwycam się tak samo, choć to niby zwyczajny las. 
Dojechałyśmy. 
Później było różnie: krzyczące dziewczynki, przypalone szaszłyki, nocne rozmowy, świece, znicze  i ognie sztuczne , czerwony, ulubiony Pavulon, kiczowata tęczamokra trawa, czerwony dywan szumiąca woda, bzykanie komarów,  świetlisty Księżyc, pohukujące złowrogo sowy, stado dzikich, krwiożerczych kotów, a nawet latanie na miotłach i palenie stosów.
Było śniadanie, bez owsianki. 
I obiad, bez stresu i bez stania przy kuchni.
I lody z drabinki też były, i waniliowe i śmietankowe też,.
I wszystko było cudnie, tylko czas biegł sto razy szybciej, niż zazwyczaj i nawet opóźnienie narzucone przez PKP nie było w stanie zatrzeć tego wrażenia...

Długi weekend przed nami, a właściwie to w trakcie, bo nasz zaczął się już wczoraj krótką, ale bardzo miłą wizytą.
Tym razem będzie bez kilkugodzinnych podróży, ale za to w doborowym towarzystwie.
A za chwilę znów jadę na dworzec;-)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Sen

Wczoraj rano:
-Mamo, a co to za wycieczka?
-A taka kochanie, że najpierw siedem godzin będziemy jechać, później dwie godziny będziemy spacerować aby znów przez siedem godzin wracać do domu.
Dziś rano:
-Mamo, a czy to nam się śniło czy to było naprawdę?
-Kto to wie? Może i nam się to tylko przyśniło....
Po chwili:
-Nie, to nie był sen, zobacz mam tego misia, co go po drodze kupiliśmy.


niedziela, 30 lipca 2017

Lato....

Lato nie służy blogowaniu.
Komputer omijam szerokim łukiem, a kiedy już nawet chciałabym na niego spojrzeć łaskawszym okiem, to zwyczajnie to oko się zamyka. Ostatnie dni upłynęły mi na rewolucji w ogródku, a mówiąc jaśniej wypierniczyłam wszytko co rosło, przekopałam (nie sama na szczęście) te parę metrów i co się dało to posadziłam od nowa. Teraz trzeba jeszcze trawkę posiać, ścieżkę wydeptać i będzie dobrze, a za rok może nawet zacznie wyglądać.
A było strasznie! Kto widział, ten wie ze nie koloruję.
Do pomocy przyszła sąsiadka, sama przyszła. Niestety moja wizja ogródka z jej wizją nieco się rozmijała, ale obyło się bez bijatyki.
I stanęło na moim, chociaż nie wiem czy jak będę w pracy to nie przyjdzie i nie posadzi czegoś po swojemu;-)
A teraz idę z kawką na trawkę upajać się latem.
Tarasu jeszcze nie ma, na razie trawka musi wystarczyć;)






Klarkowa dalia- stołówka dla pszczółek i motyli;-)




piątek, 21 lipca 2017

Spojrzeć sobie w oczy

Przepraszam, ale chyba pisanie pitu-pitu na blogu w takim czasie jak ten jest zupełnie bez sensu.
Pali się nasz kraj i trzeba coś z tym robić. 
Do tej pory nie angażowałam się zupełnie politycznie, nawet zbytnio nie ujawniałam swoich poglądów, bo po co. Ja ludzi lubię po prostu, a nie za to z kim sympatyzują, ale teraz coś pękło, bo to co się teraz dzieje to historia i chyba przyszedł czas, żeby się jasno opowiedzieć za lub przeciw zmianom. Nie wiem czy to coś da, czy protesty coś zmienią, czy nie, ale wiem jedno- nie mogłabym spojrzeć w lustro gdybym nie zajęła jakiegoś stanowiska. Mam małe dzieci, one nie rozumieją co się dzieje, ale słyszą nasze rozmowy, wyczuwają nasze napięcia. Chcę, żeby mogły dorastać w wolnym, demokratycznym kraju, bo o to walczył ich ojciec, ich dziadkowie. W kraju w którym wszystkich traktuje się równo, w którym dzieci mogą chodzić do wolnej, nie zindoktrynowanej szkoły, w kraju w którym nie wytyka się palcami ludzi o innym kolorze skóry i nie wyzywa się od morderców, tych którzy mają inne poglądy- nie tylko polityczne. 
Tak, idealnie nigdy nie było-zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem również, że to co robi się z krajem teraz, z całą pewnością sprawi że będzie właśnie dokładnie odwrotnie. Niewiele pamiętam z
PRL, ale wcale nie mam ochoty doświadczać tego wszystkiego, przez co przeszli moi bliscy w tamtym czasie. 

Czy jeśli dziś będę bierna, to co ja powiem dzieciom, kiedy za 10-15 lat zapytają: mamo, a co ty w tamtym czasie robiłaś? Czy zrobiłaś wszystko co mogłaś?
Uważam to zwyczajnie za swój obowiązek- owszem ta władza wybrana jest demokratycznie- zgadzam się, ale ta władza łamie nasze prawo, naszą konstytucję i na to się nie zgadzam. 


Byłam pod Sejmem. Najpierw kiedy przyszłam i zobaczyłam na własne oczy te barierki, policjantów, tłum ludzi- to się zwyczajne popłakałam. Brak słów. Kilka lat temu w budynku Sejmu bywałam wielokrotnie- taki etap w pracy, znałam pracowników, na chodnikach sejmowych mijałam się z politykami. Było normalnie. 
Dziś nie potrafię zrozumieć jak można zamykać Sejm przed ludźmi? jak można odgradzać budynek, w którym wybrani przez nas, nasi przedstawiciele w naszym imieniu rządzą krajem? Odgradzać nieskończoną ilością barierek, policjantów, ja na prawdę nie potrafię tego pojąć. 
Jak to możliwe, że ważne dla kraju ustawy uchwala się nocą? czy 21, 23 czy 2 w nocy to jest normalna godzina na takie sprawy? 
Przerażający był widok oświetlonego budynku parlamentu, widok stojących policjantów pilnujących płotu i dookoła tłum ludzi, którzy są przeciwni temu co się dzieje w środku, ale nikt nie chce ich wysłuchać. Potwierdzam to co pisze prasa- widziałam to na własne oczy: tam są młodzi ludzie, w przeważającej większości. Ja zaliczałam się do tych starszych. 
W Warszawie jest łatwiej. 
Po pierwsze- jesteś w tłumie- nikt cię nie zna, na prawdę niewielkie szanse ze w tej rzece ludzi wpadniesz na znajomych. Po drugie- wiadomo gdzie i o której godzinie. Są mikrofony, nawet jest prowizoryczna scena z której przemawiają ci, którzy mają coś do powiedzenia. Skandowane są hasła, tłum nie stoi bezczynnie- słucha, klaszcze, skanduje, śpiewa.
Byłam w małym mieście pod budynkiem Sądu Okręgowego. 
W małych miejscowościach jest dużo trudniej, choć nie ma barierek ani policjantów..
Po pierwsze trzeba pokazać twarz (albo zdradziecką mordę, jak kto woli). Wśród tysięcy twoja twarz niknie, przy kilkudziesięciu osobach- każda twarz jest rozpoznawalna. Bardzo rozpoznawalna.
Po drugie nikt nie wie gdzie o której. Najprawdopodobniej pod sądem- pół biedy, jeśli jest jeden. Brak organizatora wydarzenia, brak informacji o godzinie. A mimo to ludzie są. Przychodzą grupkami, przychodzą sami. Stoją  w milczeniu lub rozmawiają ściszonym głosem. Są ludzie starsi i są młodzi, często z małymi dziećmi. 
Przyszli sami, często być może narażając się na ostracyzm ze strony rodziny czy znajomych. 
Ważne jest żeby w jakikolwiek sposób powiedzieć, pokazać jeśli jesteś po stronie protestujących. Nie możesz iść na protest (nie ważne, czy jesteś chory, czy masz obowiązku, pracę, małe dzieci, babcię po opieką czy nie chce ci się zwyczajnie) ale włącz się w inny sposób, jakikolwiek, pokaż tylko że nie jest ci to obojętne. Nie wiem: idąc przez miasto postaw tą świeczkę pod budynkiem sądu, postaw ją o 21 w oknie, przypnij do bluzki białą różę, przywiąż do lusterka samochodu, zrób cokolwiek, po prostu zrób cokolwiek.
Co pomoże ta świeczka pod sądem? Pokaże ilu jest tych, którzy nie zgadzają się na łamanie prawa, pokaże, że w danym mieście są ludzie, którzy gotowi są się sprzeciwić upartyjnieniu Polski.
Nie zrobi tego nikt za nas. Mamy prawo nie zgadzać się na to, co teraz próbują zrobić z naszym krajem i mamy prawo to wyrazić. I jeśli nawet kiedyś nas za to pozamykają - a jeśli dopuścimy do tych zmian w sądownictwie to jestem pewna, że wcześniej czy później tak się stanie- to nie będziemy sobie wyrzucać, że mogliśmy coś zrobić a woleliśmy bezczynnie czekać, aż ktoś zrobi to za nas. Nie zrobi! ani Unia, ani opozycja ani Kowalski z drugiego piętra, ani Pani Zosia z Mokotowa. to jest nasz wspólny kraj, nasza wspólna sprawa. 

środa, 19 lipca 2017

Rilaks

"Relaksuję" się w urzędzie powiatowym. Kolejka na jakies 3 godziny czekania, klnę na czym świat stoi, pół dnia w plecy bez sensu. W dodatku musze przysłuchiwać się z jakimi sprawami przychodzą inni ludzie. Mogę podać pesel i adres pani Nowak, która właśnie jest w trakcie prowadzenia sprawy spadkowej i musi się tłumaczyć przed urzędnikiem dlaczego brak jest podpisu małżonka. Dane pana Kowalskiego też mogę podać, łącznie ze szczegółami na temat kwoty jaka uzyskał ze sprzedaży, co i komu sprzedał.
O i jeszcze mogę wam powiedzieć ze próbował pani urzędniczce wcisnąć pare groszy czyli jakby nie było łapówkę.  
Gdzie jest ochrona danych osobowych tak się głupio zapytam?




środa, 12 lipca 2017

W Gdyni

Kiedyś już pisałam, że nie lubię planować i później trzymać się sztywno tego planu- czuję się wtedy ograniczona i nie jest mi z tym dobrze, a nie raz przekonałam się że spontaniczne decyzje są najlepsze. Tak też było któregoś piątku, kiedy najpierw w ciągu dnia wysłałam sms do A, że może byśmy jutro wyskoczyli nad morze, a później już poleciało samo. 
Wieczorem dzieci usłyszały, że bezwarunkowo spać idziemy wcześniej, bo w nocy wyjeżdżamy na wycieczkę. Obudziły się już około północy i nie chciały położyć się do łóżek, bojąc się, że wycieczka może je ominąć.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Z listy marzeń....

Dla Was to może takie tam nic, a dla mnie to kolejne marzenie z listy marzeń odhaczone.
I to jak!
A no tak, że nawet nie śmiałam marzyć że obydwa żaglowce zobaczę w jednym miejscu i w dodatku, że uda mi się obydwa na jednym zdjęciu zmieścić.

A jednak:

Gdyby ktoś nie skojarzył na zdjęciu widać Dar Pomorza (ten niżej) i Dar Młodzieży