piątek, 21 lipca 2017

Spojrzeć sobie w oczy

Przepraszam, ale chyba pisanie pitu-pitu na blogu w takim czasie jak ten jest zupełnie bez sensu.
Pali się nasz kraj i trzeba coś z tym robić. 
Do tej pory nie angażowałam się zupełnie politycznie, nawet zbytnio nie ujawniałam swoich poglądów, bo po co. Ja ludzi lubię po prostu, a nie za to z kim sympatyzują, ale teraz coś pękło, bo to co się teraz dzieje to historia i chyba przyszedł czas, żeby się jasno opowiedzieć za lub przeciw zmianom. Nie wiem czy to coś da, czy protesty coś zmienią, czy nie, ale wiem jedno- nie mogłabym spojrzeć w lustro gdybym nie zajęła jakiegoś stanowiska. Mam małe dzieci, one nie rozumieją co się dzieje, ale słyszą nasze rozmowy, wyczuwają nasze napięcia. Chcę, żeby mogły dorastać w wolnym, demokratycznym kraju, bo o to walczył ich ojciec, ich dziadkowie. W kraju w którym wszystkich traktuje się równo, w którym dzieci mogą chodzić do wolnej, nie zindoktrynowanej szkoły, w kraju w którym nie wytyka się palcami ludzi o innym kolorze skóry i nie wyzywa się od morderców, tych którzy mają inne poglądy- nie tylko polityczne. 
Tak, idealnie nigdy nie było-zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem również, że to co robi się z krajem teraz, z całą pewnością sprawi że będzie właśnie dokładnie odwrotnie. Niewiele pamiętam z
PRL, ale wcale nie mam ochoty doświadczać tego wszystkiego, przez co przeszli moi bliscy w tamtym czasie. 

Czy jeśli dziś będę bierna, to co ja powiem dzieciom, kiedy za 10-15 lat zapytają: mamo, a co ty w tamtym czasie robiłaś? Czy zrobiłaś wszystko co mogłaś?
Uważam to zwyczajnie za swój obowiązek- owszem ta władza wybrana jest demokratycznie- zgadzam się, ale ta władza łamie nasze prawo, naszą konstytucję i na to się nie zgadzam. 


Byłam pod Sejmem. Najpierw kiedy przyszłam i zobaczyłam na własne oczy te barierki, policjantów, tłum ludzi- to się zwyczajne popłakałam. Brak słów. Kilka lat temu w budynku Sejmu bywałam wielokrotnie- taki etap w pracy, znałam pracowników, na chodnikach sejmowych mijałam się z politykami. Było normalnie. 
Dziś nie potrafię zrozumieć jak można zamykać Sejm przed ludźmi? jak można odgradzać budynek, w którym wybrani przez nas, nasi przedstawiciele w naszym imieniu rządzą krajem? Odgradzać nieskończoną ilością barierek, policjantów, ja na prawdę nie potrafię tego pojąć. 
Jak to możliwe, że ważne dla kraju ustawy uchwala się nocą? czy 21, 23 czy 2 w nocy to jest normalna godzina na takie sprawy? 
Przerażający był widok oświetlonego budynku parlamentu, widok stojących policjantów pilnujących płotu i dookoła tłum ludzi, którzy są przeciwni temu co się dzieje w środku, ale nikt nie chce ich wysłuchać. Potwierdzam to co pisze prasa- widziałam to na własne oczy: tam są młodzi ludzie, w przeważającej większości. Ja zaliczałam się do tych starszych. 
W Warszawie jest łatwiej. 
Po pierwsze- jesteś w tłumie- nikt cię nie zna, na prawdę niewielkie szanse ze w tej rzece ludzi wpadniesz na znajomych. Po drugie- wiadomo gdzie i o której godzinie. Są mikrofony, nawet jest prowizoryczna scena z której przemawiają ci, którzy mają coś do powiedzenia. Skandowane są hasła, tłum nie stoi bezczynnie- słucha, klaszcze, skanduje, śpiewa.
Byłam w małym mieście pod budynkiem Sądu Okręgowego. 
W małych miejscowościach jest dużo trudniej, choć nie ma barierek ani policjantów..
Po pierwsze trzeba pokazać twarz (albo zdradziecką mordę, jak kto woli). Wśród tysięcy twoja twarz niknie, przy kilkudziesięciu osobach- każda twarz jest rozpoznawalna. Bardzo rozpoznawalna.
Po drugie nikt nie wie gdzie o której. Najprawdopodobniej pod sądem- pół biedy, jeśli jest jeden. Brak organizatora wydarzenia, brak informacji o godzinie. A mimo to ludzie są. Przychodzą grupkami, przychodzą sami. Stoją  w milczeniu lub rozmawiają ściszonym głosem. Są ludzie starsi i są młodzi, często z małymi dziećmi. 
Przyszli sami, często być może narażając się na ostracyzm ze strony rodziny czy znajomych. 
Ważne jest żeby w jakikolwiek sposób powiedzieć, pokazać jeśli jesteś po stronie protestujących. Nie możesz iść na protest (nie ważne, czy jesteś chory, czy masz obowiązku, pracę, małe dzieci, babcię po opieką czy nie chce ci się zwyczajnie) ale włącz się w inny sposób, jakikolwiek, pokaż tylko że nie jest ci to obojętne. Nie wiem: idąc przez miasto postaw tą świeczkę pod budynkiem sądu, postaw ją o 21 w oknie, przypnij do bluzki białą różę, przywiąż do lusterka samochodu, zrób cokolwiek, po prostu zrób cokolwiek.
Co pomoże ta świeczka pod sądem? Pokaże ilu jest tych, którzy nie zgadzają się na łamanie prawa, pokaże, że w danym mieście są ludzie, którzy gotowi są się sprzeciwić upartyjnieniu Polski.
Nie zrobi tego nikt za nas. Mamy prawo nie zgadzać się na to, co teraz próbują zrobić z naszym krajem i mamy prawo to wyrazić. I jeśli nawet kiedyś nas za to pozamykają - a jeśli dopuścimy do tych zmian w sądownictwie to jestem pewna, że wcześniej czy później tak się stanie- to nie będziemy sobie wyrzucać, że mogliśmy coś zrobić a woleliśmy bezczynnie czekać, aż ktoś zrobi to za nas. Nie zrobi! ani Unia, ani opozycja ani Kowalski z drugiego piętra, ani Pani Zosia z Mokotowa. to jest nasz wspólny kraj, nasza wspólna sprawa. 

środa, 19 lipca 2017

Rilaks

"Relaksuję" się w urzędzie powiatowym. Kolejka na jakies 3 godziny czekania, klnę na czym świat stoi, pół dnia w plecy bez sensu. W dodatku musze przysłuchiwać się z jakimi sprawami przychodzą inni ludzie. Mogę podać pesel i adres pani Nowak, która właśnie jest w trakcie prowadzenia sprawy spadkowej i musi się tłumaczyć przed urzędnikiem dlaczego brak jest podpisu małżonka. Dane pana Kowalskiego też mogę podać, łącznie ze szczegółami na temat kwoty jaka uzyskał ze sprzedaży, co i komu sprzedał.
O i jeszcze mogę wam powiedzieć ze próbował pani urzędniczce wcisnąć pare groszy czyli jakby nie było łapówkę.  
Gdzie jest ochrona danych osobowych tak się głupio zapytam?




środa, 12 lipca 2017

W Gdyni

Kiedyś już pisałam, że nie lubię planować i później trzymać się sztywno tego planu- czuję się wtedy ograniczona i nie jest mi z tym dobrze, a nie raz przekonałam się że spontaniczne decyzje są najlepsze. Tak też było któregoś piątku, kiedy najpierw w ciągu dnia wysłałam sms do A, że może byśmy jutro wyskoczyli nad morze, a później już poleciało samo. 
Wieczorem dzieci usłyszały, że bezwarunkowo spać idziemy wcześniej, bo w nocy wyjeżdżamy na wycieczkę. Obudziły się już około północy i nie chciały położyć się do łóżek, bojąc się, że wycieczka może je ominąć.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Z listy marzeń....

Dla Was to może takie tam nic, a dla mnie to kolejne marzenie z listy marzeń odhaczone.
I to jak!
A no tak, że nawet nie śmiałam marzyć że obydwa żaglowce zobaczę w jednym miejscu i w dodatku, że uda mi się obydwa na jednym zdjęciu zmieścić.

A jednak:

Gdyby ktoś nie skojarzył na zdjęciu widać Dar Pomorza (ten niżej) i Dar Młodzieży 

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nie ogarniam

Chyba nigdy nie zrozumiem niektórych ludzi.
Dziewczynka 9 lat, tuż po komunii. Mama szczęśliwa, bo córka właśnie nauczyła się jeździć na rowerze i akurat ksiądz organizuje wycieczkę rowerową dla dzieci. Nie, nie tam żadne muzeum czy inny kościół, jadą sobie w odwiedziny do księdza z sąsiedniej parafii... Matka szczęśliwa i chwali się wszem i wobec, że córka jedzie z księdzem. Nie mam pojęcia, ile tych dzieci i czy ktoś z rodziców będzie im towarzyszył.
Ja pi*%$^olę, nie wiem czy to ja jestem przewrażliwiona czy ludzie są tak kompletnie ślepi?!
Nie oddałabym swojego dziecka pod opiekę obcemu facetowi, nawet ( a może zwłaszcza) gdyby był księdzem? Po cholerę taki ksiądz zabiera dzieci do swojego kolegi?
Jestem pewna, że nawet jeśli coś złego się wydarzy, to te dzieci będą się bały powiedzieć rodzicom, a nawet jeśli któreś się odważy to i tak rodzice nie uwierzą, bo to przecież ksiądz...
Wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać i tak nie napisałam wszystkiego, ale już się we mnie gotuje od dawna i musiało się trochę ulać....
Może ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?



Nie wiem czy ten ksiądz ma jamnika, czy nie...

piątek, 30 czerwca 2017

O bziku

Trudno, zamęczę Was dzisiaj!
Uwielbiam chmury!
To znaczy kocham lato i upały, a zazwyczaj z upałami wiążą się niesamowite zjawiskowe widowiska na niebie. Ubóstwiam je, fascynują mnie, prostu mogłabym tak gapić się cały czas na zmieniające się obrazy. Przepadam wprost za ich wielowymiarowością, za niesamowitą paletą bieli, szarości, niebieskiego, granatu, fioletu, żółci, czasem czerwieni.
Po prostu kocham to zjawisko kiedy chmury wypiętrzają się na gładkiej tafli błękitu i tworzą nieziemskie krajobrazy.
No cóż, każdy ma jakiegoś bzika, ja oprócz wielu innych kocham patrzeć i fotografować chmury.


Wszystkie zdjęcia są z wczoraj.



wtorek, 27 czerwca 2017

Komputer mi się spsuł, to znaczy komputer działa, ale nie chce współdziałać z internetem.
I tak już chyba ze dwa tygodnie jest:(
W pracy niema czasu nawet odświeżyć strony, nie mówiąc o pisaniu czy czytaniu czegokolwiek, a w domu zwyczajnie się nie da. A może pora rzucić to w cholerę? Tylko tak trochę żal.
Opisywać jest co.
Po imprezie na W w tym roku się nie musiałam zbierać, bo w zeszłym to oho ho!
Parę wycieczek mam do opisania.
Parędziesiąt zdjęć do pokazania.
Temat goni temat, chociaż czasem to myślę, że lepiej się w język ugryźć.
Do zobaczenia zatem niebawem, mam nadzieję, że w końcu sobie z tym internetem poradzę!

środa, 14 czerwca 2017

Nic nie piszę...

... bo nie mam czasu.
Sprawy urzędowe mnie pochłonęły. Jak ja lubię te urzędy! Zawsze jest wtedy coś do opisania na blogu. Na przykład od wczoraj mam nowego kolegę.
Mówcie co chcecie, ale półtorej godziny wspólnie spędzone pod drzwiami zbliża ludzi. Pewnie przez najbliższe pół roku z daleka będziemy do siebie machać na ulicy. A i  niechybnie w tym samym czasie urząd nas powiadomi o załatwieniu naszych spraw smsem (patrzcie jaka to nowoczesność do urzędu dotarła!!!!), wiec możliwe, że jeszcze kolejce przy okienku się spotkamy.
Idę pisać list miłosny do zarządzającego tym burdelem, wszak cierpliwość i wyrozumiałość ma swoje granice.

wtorek, 6 czerwca 2017

Wielki dzień...

Szanowni Państwo, niniejszym chciałabym wszem i wobec ogłosić, że dziś nastał dzień wielki i wspaniały! Należy w tego powodu odegrać marsza, oberka  i poloneza albo inną fanfarę.
Kwiaty z tej okazji przyjmuję przez tydzień, czekoladki bez ograniczeń.
Otóż dziś nawiedził nasze skromne domostwo gość niezwykły i znakomity, długo oczekiwany i niezaprzeczalnie nietuzinkowy mężczyzna!
Tak proszę Państwa to jest mężczyzna, przynajmniej tak można wywnioskować z koloru oczu i wielkości uszu. Mężczyzna, wraz ze swoją, niemniej wspaniałą, barwną inaczej, świtą.
Zajechali z samego rana na dwie karety wzbijając z drogi kurz, a w sąsiadach niepohamowaną ciekawość.
Swą niepospolitą obecnością sprawili, że sąsiadka podeszła do płota, którego nie posiada  i zaczęła tłuc gliniane garnki, których nie było.
Później zastukała w moje okno mówiąc konspiracyjnym szeptem: sąsiadko z jakimś towarem do was zajechali.  Właściwsza forma powinna brzmieć "jakieś towary do was zajechali", ale sąsiadka jest w wieku, w którym trudno posądzać kogoś o używanie slangu młodzieżowego.
Towar okazał się być dekoracją konieczną, umożliwiającą pobyt tych ważnych osobistości w naszych skromnych progach, a towary, wróć świta rozpierzchła się natychmiast po obejściu w ilości słusznej, aczkolwiek mocno i pozytywnie zaskakującej.
Porozłazili się wszędzie, oglądając co i jak należy przynieść i jak ustawić, aby pobyt dostojeństwa odbywał się bez zakłóceń, w jak najlepszej atmosferze.
Aby umożliwić rozpakowanie karety należało uruchomić drugą bramę, notabene przewidzianą głównie do wjazdu szambiarki, ale przecież szacowni nie muszą o tym wiedzieć.
Ech luzie! jak oczy się uśmiechały widząc jak szacowni dworzanie z gracją wynoszą przywiezione dobra, jak ustawiają, jak dopasowują, jak dbają o szczegóły, ech człowiek do wspomnienia tej nieprawdopodobnej chwili uśmiecha się do monitora jak głupi do głuchego, który je ser.
Po wymianie krótkich uprzejmości, odtańczeniu Lambady i  powitaniu nowo przybyłych marchewką i cukrem- nie czepiać się, chleba nie było akurat a marchew też jest przecież na "ch" - towarzystwo zajęło swoje pozycje, głównodowodzący wykonał jeszcze kilka telefonów i wziął się za sprawowanie nadzoru, władzy i honorów i tak ma być przez najbliższych kilka dni.
Otóż proszę Państwa, jak zapewne się domyślacie- wszak z tekstu jednoznacznie to wynika-dziś zaczęła pracę długo oczekiwana, wymarzona, wytęskniona..... ekipa remontowa.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ze szkolnych wieści...

Hm od czego by tu zacząć, albo inaczej: czy warto w ogóle zaczynać i pisać o czymkolwiek?
Ostatnio mieliśmy w szkole spotkanie dzieci i rodziców z wychowawczynią, dyrektorem i psychologiem szkolnym.
Psychiatra może byłby bardziej na miejscu, ale nie mają, tylko spychologa.
Dziwnie było znów zasiąść w szkolnej ławce.
Od razu była też klasówka na temat zapotrzebowania na obiady i świetlicę.
Niby temat łatwy, ale jak widać nie mogli się powstrzymać od rozdania kartek, długopisów i zadania pytań;-P Taka natura.
Patrząc na rodziców, można chyba wstępnie wywnioskować, że nie będzie nudno. Może być straszno, ale to się jeszcze okaże.
Generalnie wygląda na to, że wszyscy mamy wspólny cel: i rodzice i nauczyciel i dyrektor, więc nadzieja na sukces jakaś jest. Burmistrz tylko ma odmienne zdanie na każdy temat, ale on za to wszystko płaci, więc nawet mu się nie ma co dziwić.
Liczba dzieci w klasie nie osiągnęła na razie magicznego poziomu dwudziestu i jest tylko trzech chłopców. Generalnie chyba należy im współczuć.
Na razie perspektywę, jaka się przed nami roztacza można by zatytułować Och i Ach!
Żeby tylko nie zmieniła się z czasem na Oj i Ałć! Ale trzeba być dobrej myśli, szkoła ma generalnie opinię świetnej placówki a ponoć o pani dyrektor krążą legendy.
 I nie są to opowieści z krypty, a bardziej z tych słonecznych kręgów, gdzie dobro zawsze zwycięża, a Kopciuszek też była kobietą.
Pani dyrektor robi wrażenie osoby niezwykle skromnej i przyjaznej, za to wychowawczyni na razie mnie nie kupiła, jakaś taka jest niebezpośrednia, jakby była w szklanej kuli.
Królowa śniegu.
Choć niby pogodna, uśmiechnięta to jednak coś mi w niej skrzypi.
I prawdopodobnie  nie są to kości, bo jest młodsza ode mnie o jakieś 5 lat tak "na oko", choć z drugiej strony szczupła taka, zero tłuszczyku to może i skrzypieć.



PS. Błagam nie traktujcie tego wpisu ani trochę poważnie.
Dobrze będzie, a  spotkanie było udane.

piątek, 26 maja 2017

Dzień jak co dzień...

Godz 6.00
Wchodzę do pokoju dziewczynek i odsłaniam okno. Zazwyczaj tak właśnie robię: wchodzę po cichu, odsłaniam roletę, włączam muzykę i czekam chwilę, aż same się obudzą. Od kilku dni budzą się bez muzyki, bo Młodsza tak zarządziła (płaczem i rzucaniem się na łóżko) żeby nie włączać.
Niech im będzie, mnie byłoby przyjemniej wstać gdyby ktoś nastawił mi przyjemne dźwięki, a jakoś nikt nie  chce, a najczęstszym dźwiękiem jaki mnie budzi to jest: zrobisz kawę? Nie to nie nie włączam i już. Dziś rano usłyszałam od roztrzepanej, rozespanej kuli włosów z wystającym od góry pampersem zdecydowane i płaczące: zasuń to!
Nie zdając sobie sprawy z zagrożenia powiedziałam:
-Wstajemy dziewczynki Starsza wstań, bo dziś jedziesz na wycieczkę.
Za późno już było na gryzienie się w język czy cokolwiek, no chyba że wgryzienie się w ścianę, ale to też bez sensu bo słowa już zostały wypowiedziane...
Buuuuu łeeeee ja teś chcie na wyciećkeeee! Buuuuuuu! Ja teś jeśtem duzia dziencinka! Łeeeee!
No tak. zwyczajny dzień matki się zaczął;-)

czwartek, 25 maja 2017

Szkoła...

Gdybyście widzieli oczy Starszej, kiedy musiałam jej powiedzieć, że na razie nie dostała się do żadnej ze szkół.... Nic dziwnego więc, że kiedy w końcu się okazało, że jest szkoła, która chce przyjąć moją sześciolatkę, to ta natychmiast zapytała, kiedy może iść w końcu tę szkołę zobaczyć.
Po rozmowie z panią sekretarz umówiłam się na wizytę w budynku szkoły.
Pani sekretarz bardzo miła pani, uśmiechnięta, uprzejma. Mimo, że teoretycznie było już po zamknięciu sekretariatu oprowadziła nas po szkole, pokazała co gdzie będzie (będzie bo teraz jest w trakcie remontu). Pierwszaki będą mieć klasę dokładnie na przeciwko sekretariatu, wejście będą mieć oddzielne od dzieci bardziej dorosłych i swój plac zabaw, oddzielnie od boiska.
Planowane jest też w najbliższych dniach spotkanie dzieci, które od września zaczynają pierwszą klasę, rodziców i wychowawczyni, po czym dzieci z wychowawczynią mają pójść do swojej klasy i wspólnie odbyć jakieś zajęcia plastyczne, a w tym czasie rodzice będą mieć spotkanie z psychologiem szkolnym.
Klasa pierwsza będzie tylko jedna, do tego jak na razie nie jest zbyt liczna bo tylko 18 dzieci.
Świetlica będzie, ale na razie nie wiadomo jeszcze na jakich zasadach- podobno będzie dostosowana do potrzeb rodziców. Na razie jestem dobrej myśli, czekam co prawda na odpowiedź na odwołanie, ale nie zamierzam się upierać przy tamtej szkole, bo tę - jak na razie- zdążyłyśmy obie polubić;-)
Z innej beczki:
Dachowiec dalej milczy, a na weekend zapowiadają upał i mój plan nabiera coraz bardziej realnych kolorów...

poniedziałek, 22 maja 2017

Codziennik czyli o wyższości budowlańców nad ludem prostym

Znów będziemy psuć, ale podobno musi być gorzej, żeby mogło być lepiej.
Po tym jak od stycznia do marca samochód musiał stać przed wjazdem, bo wjazd zmienił konsystencję na półpłynną, robimy kolejną demolkę podwórka.
W zasadzie wyjścia były dwa: albo kupić amfibię, albo poprawić wjazd.
Kupno amfibii odpada, bo jeszcze ministr od wojny uznałby to za jakieś wsparcie, sprawa stała się więc jasna: auta nie zmienimy, żeby nie wiem co.
Przez kilka najbliższych dni będziemy więc mieć jeszcze większy chaos niż mamy teraz. Też myślałam, że to nie jest możliwe.
Zadziwiające jest to, jak wszelkiej maści budowlańcy (koparkoobługiwacze, dachozmieniacze i piaskozwoziciele zwłaszcza) są przekonani, niczym koty, o swojej dominacji nad zwykłymi śmiertelnikami.
Dzwoni taki (nie kot dla jasności) o 9.30 rano i mówi, że "to on o za pół godziny będzie".
No przecież powszechnie wiadomo, że lud prosty przed przyjściem koparkowca nic nie robi, tylko składa modły do bogów, aby dostąpić tego zaszczytu i aby ów pomazaniec zjawił się któregoś dnia ze swoją nieodłączną przed lub podsiębierną....
Albo taki dachowiec.
Panie ale określ pan kiedy zamierzacie przyjść, bo przecież my oboje pracujemy, jakieś wolne musimy sobie ustalić, nie dostaniemy urlopu z dnia na dzień.
-A ty wy chcecie przy tym być?!?!?!
Nie no, w sumie to po co?
Tak więc najbliższe dni z pewnością będą pełne wrażeń....

sobota, 20 maja 2017

Barwy ogrodu...

Przypomniałam sobie o istnieniu aparatu i wyszłam wczoraj popstrykać kilka zdjęć dziewczynkom a przy okazji nie mogła się oprzeć- tym nielicznym jeszcze- kwiatom.


 Może ktoś podpowie jak "fachowo" nazywa się ten biały kwiatuszek poniżej?  Moja babcia nazywała je "panie młode", słyszałam też nazwę "śpioszki". Uwielbiam je, te przywiezione z tatowego ogródka.
Zamykają kwiatki przed nocą.


Ostatnie tchnienie tulipanów, zostały ostatnie trzy czerwone i kilka żółtych.


 Mlecze w tym roku kwitną u nas wyjątkowo szybko, pewnie przez częstotliwość koszenia trawy. Rano jeszcze ich nie widać a jak wracamy z pracy to są już dmuchawce, niesamowite jak przyroda się dostosowuje....

 Surfinie albo petunie- nigdy ich nie rozróżniałam, ale bardzo lubię;)


 I czarna, nie mogłam się jej oprzeć...
 Boska begonia...

 A tutaj bardzo liczę na pomoc:
To jest krzew, zakwitł jak widać, ale nie pamiętam co to jest.
Grażynko, Dreptaku pomożecie?



 Lilaki w tym roku jeszcze ostrożnie kwitną, w ubiegłym musiały być przesadzone, a że były już wtedy ok 2-3 letnie więc ciężko im było się zadomowić w nowym miejscu.
Największy z nich cały poprzedni rok nie wypuścił listka, ale na szczęście przeczekaliśmy i wielka radość była tej wiosny, że się zazielenił, ale nie kwitnie, może za rok...


Trująca piękność, przedstawiać nie trzeba

 

piątek, 19 maja 2017

O szkole czyli dalszy ciąg nastąpił....

Nowo powstająca szkoła, która do tej pory była gimnazjum, przyjęła nas niemal z otwartymi ramionami. Powiem tak: lepsza taka niż żadna, nie będę wybredna i biorę co dają, aczkolwiek mam poczucie że nie daję dziecku, tego co najlepsze tylko jakiś półśrodek. Może się mylę, ale na dzień dzisiejszy tak właśnie myślę, być może - i oby- z czasem moje zdanie ulegnie zmianie....
Boję się,  pewnie ze się boję, bo nie wiadomo jak to będzie, bo cała ta "reforma" potrzebna jest jak dziura w moście, w dodatku kompletnie jest nieprzygotowana. Nikt nie wie jak to będzie wyglądać w praktyce, nauczyciel ledwie kilka dni temu został przydzielony, szkoła nie jest przystosowana dla takich małych dzieci, w odróżnieniu od tej, na której tak mi zależało. Budynek jest duży, brama otwarta jest cały czas, podwórko jest małe i w zasadzie służy do parkowania samochodów, bo nie ma miejsc parkingowych przy ulicy, boiska chyba nie ma, jest sala gimnastyczna, ale wiadomo, że to nie to samo.  Do sekretariatu trudno trafić i bez pomocy pracowników miałabym z tym nie lada problem, a co dopiero sześciolatka? Za to pani w sekretariacie bardzo uprzejma i rozmowna. Dzień otwarty w szkole już był, zanim się okazało jakie szopki nas czekają, ale mamy przyjść w dowolnym czasie obejrzeć sobie szkołę, poznać panią dyrektor.
Do szkoły nr 2 złożyłam pismo, na razie czekam.
Szkołę nr 1 skreślam definitywnie, zraziłam się, bo robią z rodziców idiotów.
Tak że ten tego: czas przyniesie rozwiązanie....

środa, 17 maja 2017

Na ziemi kieleckiej...

Mało tekstu, dużo obrazu.

Na początku kwietnia przejeżdżaliśmy przez Kielce, a że dzieciaki potrzebowały koniecznie odpoczynku zatrzymaliśmy się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni.
Było super!
Miejsce niesamowite, jeśli pamiętacie opisy odwiedzin w skansenie łowickim i mazowieckim, to ja Wam powiem, że w kieleckim jest najciekawiej!

Napis przed wejściem.

I zgodnie z tym co głosi napis spełniło się, podróż w czasie jak najbardziej jest tu właściwym określeniem.

piątek, 12 maja 2017

O szkole


Tekst się szybko zdezaktualizował. Nie ma miejsca w żadnej szkole, musimy wybrać swoją, rejonową, obwodową czy jak ja tam zwał.
Kurwa jak w PRL: bez zameldowania nie ma szkoły, nie ma pracy.....

Moja najstarsza córka w tym roku idzie do pierwszej klasy jak mi ktoś teraz policzy to ile ja mam lat to obiecuje dać w psyk przy najbliższej okazji. Jeśli się dostanie, bo okazuje się, że to nie jest takie oczywiste.
W tym roku kończy 6 lat, a więc idzie do szkoły rok wcześniej niż to konieczne tak wiem, jestem złą matką, ale dobrze mi z tym- to jeden problem, a drugi chyba nawet większy to ten, że wybraliśmy szkołę w obrębie której nie mieszkamy. Uroki mieszkania na zadupiu, żeby to chociaż był zaścianek...
Długo zastanawialiśmy się do której szkoły posłać dzieci. Mieszkamy prawie 40km od pracy,  szkoła do której wg znaków na niebie i ziemi powinniśmy należeć znajduje się 12 km od nas, jest to wiejska szkoła, w której brak jest świetlicy, autobus zabiera dzieci z przystanku ok 7:45 szkoła zamykana jest na cztery spusty wraz z odjazdem autobusu o 15:25. Wiadomo- odpada z przyczyn organizacyjnych nie damy rady, żeby nie wiem co: dojazd do pracy zajmuje ok 40 minut w jedną stronę, dzień pracy ma 8 godzin, doliczyć jeszcze trzeba dowiezienie i odebranie Młodszej z przedszkola. Pomiędzy domem a pracą jest jeszcze kilka szkół- odpadają z tego samego powodu- brak świetlicy, brak zajęć dodatkowych. Padło więc na szkoły miejskie, których do tej pory były trzy. Nie znam tutejszych ludzi na tyle, żebym była zorientowana w opiniach o placówkach, rodzice dzieci przedszkolnych od czasu do czasu delikatnie między sobą poruszają ten temat i wygląda na to, że w większości rodzice wybierają szkołę nr 3, a uzasadniają właśnie tym że znajduje się na wsi i jest mała, oraz że "chodzą o niej dobre słuchy". Byłoby raźniej, gdyby córka chodziła z kimś z grupy do tej samej szkoły, ale jednak szkołę NR 3 też wykreśliliśmy z kręgów zainteresowań- po pierwsze zajęcia odbywają się w systemie zmianowym, bo owszem szkoła mała, ale dzieci dużo, po drugie I i II klasy mają duże szanse na świetlicę, ale powyżej IV klasy- w zależności od wolnych miejsc, no i jeszcze jedno, patronem szkoły jest katolicki święty- nie żebym coś miała przeciwko patronowi, ale szkoła cała jest w ten sposób ukierunkowana - tak wywnioskowałam  z tego, czym szkoła chwali się na stronie czyli konkursy, olimpiady i inne o tematyce religijnej, a ja uważam, że od tego jest kościół a nie szkoła.
Pozostały nam więc dwie szkoły miejskie. Ewentualnie dwie prywatne, ale niestety te z powodów finansowych odpadły od razu. Do obydwu chciałam złożyć dokumenty bo wiadomo łatwiej się wykreślić niż dopisać.
Ta cała reforma jest zupełnie chora.
Nikt nic nie wie, rekrutacja była u nas przesunięta, w dodatku sekretariaty nie potrafiły udzielić żadnych odpowiedzi na pytania bo same nie wiedziały jak to ma wyglądać. Kiedy w końcu podjęto uchwalę i szkoły mogły zacząć rekrutację (dla dzieci mieszkających w obrębie nie jest to ważne bo i tak zostaną przyjęte, ale dla tych spoza terenu -kluczowe) okazało się, że nie jest to takie oczywiste, że dostaniemy się do szkoły, którą wybraliśmy, bo -nawet jeśli będą miejsca -to o decyzji może zaważyć to, w obrębie której szkoły znajduje się firma, w której pracuję.  Śmieszne czy straszne, nie wiem? Jak na złość firma obecnie znajduje się w obrębie nowo utworzonej podstawówki powstałej po przekształceniu gimnazjum- abstrahując od tego, że nowa szkoła podstawowa w ogóle nie przeprowadzała rekrutacji, więc zapewne dzieci zostaną automatycznie z innych szkół przeniesione zgodnie z nowym podziałem na obręby.
Tak czy inaczej dokumentację do szkół zaniosłam przy okazji licząc na to , że pierwsze wrażenie pozwoli podjąć decyzję którą szkołę byśmy woleli jeśli w ogóle będziemy mieć wybór.
Szkoła nr 1.
Budynek duży, brama otwarta, ochrona nawet jakaś siedzi w środku, nie ma co się dziwić zimno jest to gdzie ma siedzieć?, sekretariat na górze, nikt mnie nie zatrzymuje, nie pyta o nic, w zasadzie każdy może wejść i wyjść kiedy chce nie wzbudzając większego zainteresowania, no może nie każdy może gdybym była długonogą blondynką to ktoś by się obejrzał. Z tyłu szkoły remont i budowa, kiedyś będzie tu może i fajnie, ale na razie dupa i kamieni kupa. 
Pani w sekretariacie przypomniała mi czasy studenckie. Oj zdecydowanie bardziej pasuje do dziekanatu.
-6 lat? a to nie lepiej poczekać?
-ale u nas nie będzie klasy tylko dla sześciolatków. (nie ważne, że burmistrz się chwali wszem i wobec, na stronie miasta, że w tej właśnie szkole powstaje taka klasa)
-ale dlaczego tutaj? to nie macie szkoły bliżej?
Pierwsze wrażenie więc nie rzuciło na kolana, chyba że z rozpaczy.
Plus dla Pani , że w kontaktach mailowych jest bardzo uprzejma i bardzo szybko odpisuje na wiadomości.
Szkoła nr 2.
Pod szkołą okazało się, że szkolna brama otwarta jest tylko w wyznaczonych godzinach, poza tymi godzinami bramę otwiera sekretariat. Pani w sekretariacie bardzo uprzejma i uśmiechnięta, nie powiało dziekanatem nie zadawała pytań typu: czego tu?  Poinformowała mnie, że dyrekcja uprzejmie prosi rodziców o wstępne zadeklarowanie czy dziecko będzie uczęszczało na religię czy na etykę, czy może na jedno i drugie? Mam tylko nadzieję że nie prowadzi ich ta sama zakonnica.
Pierwsze wrażenie zepsuła nieco pani dyrektor, która mnie telefonicznie uświadomiła, że nasz rejon to będzie nowo powstała szkoła, ale ciągle mam nadzieję, że może zostanie zakwalifikowana właśnie tutaj.

A kiedy będzie wiadomo, czy któraś ze szkół przyjmie moje dziecko?
Uchwała rady mówi tak:
Podanie do publicznej wiadomości przez komisję  rekrutacyjną  Listy kandydatów zakwalifikowanych i kandydatów niezakwalifikowanych do 12 maja 2017 r. do godz.12:00.
W związku z czym uzyskałam informację, że listy zostaną wywieszone dziś, tuż przed godz 12.

poniedziałek, 8 maja 2017

Nieczynne...

... bo zamknięte.

Znalezione obrazy dla zapytania nieczynne bo zamknięte

Rodzinujemy się.
Nie czytam maili, nie zaglądam na fb.
Telefon porzucony gdzieś w torebce, może nawet się rozładował.
Powrót do realnego świata niebawem a tymczasem chwilo trwaj!

niedziela, 30 kwietnia 2017

Hasło nasze...

Leśman na koniec kwietnia:)

                   * * * (Hasło nasze...)

      Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne:
      Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,
      Winna zgasnąć w tej szybie, a tamtej zapłonąć.
      Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.
      Czekasz z dłonią na klamce i gdy drzwi otwiera,
      Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,
      A ty zamian przyciskasz moje ręce obie
      Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.
      Wchodzę ciszkiem, jak gdyby krok każdy knuł zbrodnię,
      Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.
      Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,
      By szczęściu i pieszczotom było w nim wygodnie.
      I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,
      Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.
      Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!
      Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje.

sobota, 22 kwietnia 2017

Wiosna na łące...

Może trochę dziwna z nich para, ale najważniejsze że się ze sobą dogadują i że im dobrze;-)







 PS. Uwielbiam dziecięcy wierszyk Brzechwy pt. "Rozmawiała gęś z prosięciem".


piątek, 21 kwietnia 2017

To już było, ale (niestety) zawsze na czasie- o przemocy

Ostatnio w sieci zrobiło się gorąco z powodu nagrania  opublikowanego przez -byłą już -żonę bydgoskiego radnego (również już byłego), w którym to nagraniu posłuchać możemy jak wyglądało życie w domu Państwa P.
Widziałam wiele komentarzy typu: nie dałam rady tego wysłuchać! albo: to straszne, nie mogę tego słuchać… 
Ale są też komentarze typu:
Sama jest sobie winna, że się na to godzi.
Oboje są siebie warci.
Dlaczego nie wyszła? Ona go prowokuje tymi ciągłymi przeprosinami.
Ona go już po prostu nie kocha, a on ją kocha taką jaka była kiedyś i nie może się pogodzić z tym, że się zmieniła...
 Bzdury!

Owszem nie da się tego słuchać, ale warto choćby spróbować, zwłaszcza jeśli samemu nigdy się przemocy domowej nie doświadczyło.
To jest straszne nagranie, ale niestety w wielu domach tak to właśnie wygląda.
Po co tego słuchać?
Po to, aby spróbować zrozumieć zanim kogoś ocenisz.
Bo czasami oceniasz na pierwszy rzut oka, czasami nawet wydajesz werdykt, skreślasz od początku taką osobę nie mając pojęcia ani o jej życiu, ani o powodach dla których jest jaka jest.
A jaka jest?
Często jest "dziwna": nie wychodzi z koleżankami na kawę, po pracy wraca od razu do domu, nie plotkuje z innymi na korytarzu, nie wdaje się w żadne intrygi, często stara się bardziej niż inni, bywa nudna....
Wbrew przeświadczeniu większości ofiara męża/żony/ojca/matki nie chodzi z podrapaną twarzą ani posiniaczonymi oczami. Prawie nigdy nie ma widocznych ran, tak jak to pokazują na chwytliwych zdjęciach. Jeśli sprawca zostawia ślady, to są one w niewidocznych miejscach: na plecach, na brzuchu, na rękach, nogach, czasem na nadgarstkach, ale ofiara zrobi wszystko, by je ukryć.
Sprawca nie jest taki durny, żeby bić po twarzy.

Poniższy tekst (to znaczy tekst nieznacznie się różni od tego z 2013r) popełniłam kilka lat temu. Sprowokowana prywatną rozmową z policjantką, która zajmowała się między innymi interwencjami właśnie w takich domach. Rozmową, w której osoba, która wzywana była wielokrotnie na pomoc stwierdziła, że ofiary same są sobie winne, bo się nie szanują, bo idiotki czekają aż ktoś je przeprowadzi za rączkę, że najłatwiej tylko wezwać patrol i narzekać, że nic nie zrobili. To tylko niektóre z określeń jakie w rozmowie padły.  Bardzo mną ta rozmowa wstrząsnęła wtedy, a przypomniana teraz również budzi emocje. 
Przypomnę więc mniej więcej treść  tamtego tekstu z prośbą: otwierajcie szerzej oczy, obserwujcie, słuchajcie, nawet nie zdajecie sobie sprawy ile takich osób jest obok Was, niektórym można pomóc.

***
To się nie dzieje z dnia na dzień, to trwa miesiące, lata… Najpierw są niewielkie sygnały i żadna ( ani żaden, bo nie tylko kobiety są po tej słabszej stronie) nie przypuszcza, że to już wtedy powinna uciekać.
Twój przyszły oprawca zrobi wszystko abyś to ty poczuła się winna wszystkiemu, zrzuca na ciebie odpowiedzialność za wszystko, najpierw za to, że miał gorszy dzień, że miał samochodem stłuczkę, że sąsiadka z dołu zwróciła mu uwagę,  później za to że nowy telewizor musiał kupić na raty,  że z twojego powodu musi znosić twoją matkę choć tę widzi jedynie dwa razy w roku, to tylko twoja wina, że zwolnili go z pracy, albo że ( nie daj Boże ) zwolnili ciebie. To twoja wina, że musiał się upić, bo przecież tylko wtedy może o tym wszystkim nie myśleć, wszystko jej twoją winą począwszy od rozgotowanego ziemniaka a na ociepleniu globalnym skończywszy.
A kiedy już czujesz się wystarczająco winna można zacząć ci wmawiać, że jesteś do niczego. Nic nie potrafisz: ani ugotować obiadu, ani wychować dzieci, ani zadowolić go w łóżku, nie znasz się na niczym, nic nie potrafisz, jesteś po prostu zwyczajnie całkiem głupia …
Ostatni z etapów przewiduje przekonanie jej ze skoro jest taka do niczego i taka winna całemu złu tego świata to nie jest w stanie sobie w tym świecie poradzić. A już na pewno bez niego, pana i władcy, dzięki któremu żyjesz, masz co jeść, w czym chodzić i powinnaś mu za to być wdzięczna do końca życia albo i dłużej. I ty w to wierzysz. Wierzysz,  bo przecież nikt nie wie o tym jak jest, bo nikomu o tym nie opowiadasz i że jak odejdziesz to nikt nie zechce ci pomóc, zostaniesz sama, wszyscy się od ciebie odsuną, bo przecież, kto ci uwierzy? Tobie tej istocie, która jest do niczego, wszystko robi źle i nic nie potrafi…

Gdyby stało się nagle z dnia na dzień to zapewne większość ofiar dałaby rade wziąć nogi za pas i opuścić cało związek, niestety to wszystko dzieje się stopniowo, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku. Najpierw tłumaczymy to sobie gorszym dniem w pracy, później utratą pracy, zmiany warunków, zmianą miejsca zamieszkania, brakiem pieniędzy, czymkolwiek, przecież kochamy człowieka, z którym się związaliśmy, przecież żadna z nas wychodząc za niego nie pomyślała, że wiąże się z psychopatą i żadna z nas nie zostaje w tym związku z własnej woli, bo lubi być poniżana, bita, poniewierana, gwałcona.
Najpierw przymykamy oczy na takie zachowanie, bo kochamy ślepo i pamiętamy, jaki to był ideał za czasów narzeczeństwa, później tłumaczymy jego zachowanie czynnikami i zdarzeniami zewnętrznymi, odpychamy od siebie myśl, że ktoś z kim się związałyśmy jest kimś zupełnie innym niż dawniej, a jeszcze jak mamy z nim dzieci to chcemy zrobić wszystko żeby ratować to, co się da, wtedy wpadamy w ślepy krąg, bo zazwyczaj już wtedy nie ma, co ratować, ale my kochamy i to nas gubi.
Od pierwszego wyzwiska, kłótni, od pierwszego uderzenia, popchnięcia, gwałtu mija wile miesięcy albo lat zanim ofiara zdecyduje się komukolwiek powiedzieć, zanim zacznie szukać pomocy. Bo takie toksyczne związki często na zewnątrz wyglądają na wprost idealne. Bo zastraszona, zagubiona kobieta boi się komukolwiek powiedzieć, boi się, bo od lat on jej wciska że to jej wina, że to ona się nie nadaje do niczego, że to z jej powodu się to wszystko dzieje a ona po tylu miesiącach czy latach naprawdę zaczyna w to wierzyć.


Że, co, że ofiara sama jest sobie winna, że siebie nie szanuje, bo dawno powinna  odejść?
No tak, bo to jak bulka z masłem: weź kilka tych swoich rzeczy i idź gdzie oczy poniosą, nie ważne, co będzie dalej,  jak sobie poradzisz, gdzie będziesz spać i co jeść. Po prostu weź swoje rzeczy i odejdź od niego, wtedy okażesz jak wielki masz szacunek do siebie.
A jemu ułatwisz życie… Bo zostanie w domu ze wszystkim. Niestety tak to najczęściej jest,  takie jest nasze prawo, że to ofiara musi uciekać z jedną walizką w której ma kilka swoich ubrań, ręcznik i kredyt do spłaty, a oprawca zostaje w -dotąd wspólnym- mieszkaniu.
To nie jest takie proste.
Ktoś kto przez to nie przeszedł nie wie jak wiele tej siły potrzeba i jak często przychodzi zwątpienie.


Nie dużo trzeba było do kłótni. Wystarczyły dwa piwa, aby stawał się agresywny.
Wszystko mu wtedy nie pasowało, za gorąca herbata, za zimne piwo, lepiej było mu schodzić z drogi. Tego dnia akurat miał natchnienie, żeby zagrać w lotto. Zagrał bagatela za 100zł i oczywiście nic nie wygrał. Zdarzało się nader często, zazwyczaj mniejsze kwoty, albo chociaż kilkanaście złotych udawało mu się „wygrać”. Zmywałam naczynia, na jego krzyk: nosz kurwa znowu nic!  dobiegający sprzed telewizora upuściłam trzymany w dłoni talerz, który rozprysnął się na kawałki po całej kuchni, ale to przecież jego pieniądze.
-A co ty tam rozpierdalasz? – zerwał się z kanapy jak oparzony. Już wiedziałam co się dalej stanie. Powód dobry jak każdy inny, znacznie lepszy niż za późno podany obiad.
Popchnął mnie, strącając przy tym jeszcze trzy talerze, które posypały się z brzdękiem po podłodze. Ku mojemu zdumieniu wycofał się z kuchni kończąc awanturę słowami:
-Posprzątaj to, ty pokrako.
To mogło oznaczać dwie rzeczy: albo jest na tyle zmęczony i wypity, że zaraz pójdzie spać, albo jest to cisza przed burzą. Zbyt dobrze to znałam. Nie pierwszy i nie ostatni raz….
Nie poszedł spać.
Kilka minut później wpadł do łazienki kiedy się kąpałam, wpadł w jakiś  szał, podobno na kuchennej podłodze znalazł jeszcze odłamek szkła. Zaczął zrzucać z półki wszystkie moje kosmetyki, wyzywać mnie od najgorszych krzyczał, że nie potrafię nic robić, nawet sprzątać, ze jestem do niczego. Że nie potrafię uszanować jego ciężkiej pracy, że wydaje tylko pieniądze na jakieś bzdury (pieniądze które sama zarabiałam) na jakieś pieprzone malowidła, i pieprzone książki. Jedyny flakon perfum roztrzaskał z satysfakcją u moich stóp. Zbierałam to wszystko  z podłogi dusząc się łzami. Popchnął mnie, ale udało mi się w porę chwycić umywalki i utrzymać na nogach.
-Zobacz co narobiłaś idiotko! – krzyczał
-Nic nie potrafisz, rozumiesz nic. Jesteś do niczego. - Popchnął mnie drugi raz, upadłam. Zaśmiał się. Zaraz ci pokaże do czego się nadajesz! – pośliznął się próbując złapać mnie za włosy i upadł. Skorzystałam z okazji i uciekłam z łazienki. Zamknęłam się na klucz w pokoju. Zaczął walić w drzwi, krzyczał, że mam je natychmiast otworzyć, że jestem chorą psychicznie wariatką, a on mnie zaraz zabije jak go natychmiast nie wpuszczę. Że jak mnie dorwie to mnie matka nie pozna, że on nie pozwoli siebie tak traktować.
Wiedziałam co by się stało gdyby udało mu się wejść. Prawdopodobnie nie zabiłby jak obiecywał. Jeszcze nie tym razem choć nie raz próbował mnie dusić poduszką, nie pierwszy raz pchnął o ścianę, nie pierwszy raz kopał w udo, obawiałam się że i tym razem tak będzie, że nie żartuje i że kiedy uda mu się wejść do środka zrobi mi krzywdę. Zbyt był wzburzony. Łomotał do drzwi, był środek nocy. Wezwałam policję. Pierwszy raz, pomyślałam, że miarka się przeprała, że teraz może być już tylko lepiej.
Kiedy zastukali do drzwi zasyczał do mnie: zabiję cię za to dziwko!
Przy policjantach był opanowany i grzeczny, za to ja byłam roztrzęsiona i zapłakana. Powiedział, że żoneczka się zdenerwowała bo wypił sobie o piwo za dużo i pośliznął się w łazience tłukąc co nieco, że nic się nie stało, żona trochę przesadza, bo nigdy go w takim stanie nie widziała, bo on nie pije nigdy, ale dziś? dziś koledze z pracy dziecko się urodziło to jak on miał za zdrowie małego nie wypić?! No jak? wie pan żona taka nerwowa, bo też się staramy o dziecko ale na razie nie wychodzi, przepraszam za zamieszanie, jak pan widzi nic złego się nie dzieje, żonka cała i zdrowa, trochę tylko roztrzęsiona, biedaczka, sfrustrowana tym brakiem dzieci.
-Dobrze to teraz pani powie co się dzieje.- zapytał i mnie policjant, ale mąż stał obok i słyszał przecież każde moje słowo.
-Proszę się uspokoić, nic pani nie grozi, wszystko jest w porządku, opowie Pani na spokojnie co się stało?
-Mąż zaczął się mocno awanturować, zawsze kiedy wypije jest agresywny, opowiedziałam jak to wyglądało, powiedziałam, że wyzywał mnie od najgorszych, groził że mnie zabije.-szlochałam przerażona
-Proszę  się uspokoić, czy coś pani zrobił? Czy uderzył panią?
-Nie, uciekłam i zamknęłam się w pokoju a on groził że mnie zabije jak go nie wpuszczę.
-Panie władzo – tu wtrącił się mąż-chciałem ją przeprosić, a ona nie chciała mnie wpuścić, to może i tak powiedziałem ale przecież to nie na poważnie, przecież wiadomo, że to moja ukochana żonka jest, to jak ja bym jej krzywdę mógł  zrobić.
-Pan się nie wtrąca, teraz pani mówi, i co wpuściła pani?
-Nie, zadzwoniłam po interwencje bo jestem pewna, że on nie żartował, nie pierwszy raz mnie dusił poduszką a takiego zdenerwowanego, jak dzisiaj to go jeszcze nie widziałam.
-Panie władzo, bo ja się tym dzieckiem kolegi tak przejąłem, a my tyle czasu próbujemy i  nic, a ja też bym chciał mieć syna, to dlatego sobie dzisiaj trochę wypiłem. Żona przesadza, przecież jak ja mógłbym jej coś zrobić? Ja ją kocham przecież-tłumaczył ze spokojem policjantowi- Kochanie co ty mówisz w ogóle panu- zwrócił się do mnie- uspokój się, kochanie, Już dobrze, już nic się nie dzieje, odpraw panów do domu i choć spać.
-Nigdzie z tobą nie pójdę, zostaw mnie, nie dotykaj!-rozpłakałam się znowu na wspomnienie tego co się działo jeszcze kilkanaście minut temu..
-Widzi pan władza, zdenerwowana jest, tu się naprawdę nic niepokojącego nie dzieje, nikt nikogo nie zabija, nie bije, wypiłem sobie za dużo, przyznaje, to ja dzisiaj będę spał na kanapie i już panom nie będziemy głowy bzdurami zawracać.
-Z panią teraz rozmawiam, proszę pana. Proszę się odsunąć, a najlepiej zostawić nas samych. Piszemy raport?-zwrócił się do mnie
-Tak piszemy.
-Czy maż panią uderzył?
-Nie… - odpowiedziałam niepewnie
- Nie uderzył pani?
-Nie jeszcze nie, dzisiaj nie.
-A wcześniej?
-Tak kilka razy.
-Czy zgłaszała to pani to gdziekolwiek?
-Nie, nie zgłaszałam.
-Dlaczego?
-Nie wiem, bałam się.
-Gdzie panią uderzył, co pani zrobił?
- Popchnął mnie na ścianę, miałam zasiniony cały bok. Innym razem rzucił mną o podłogę kiedy..
-Kiedy co?
-Kiedy nie chciałam.. iść z nim do łóżka, bo był pijany i nachalny. A kiedy jest bardzo agresywny potrafi dusić mnie poduszką. Czasem kopie mnie po nogach,
-Dusił poduszką? Kopał? I pani nigdzie z tym nie była?
-Nie, bałam się, powiedział, że jak powiem komukolwiek to mnie zabije.
-Kochanie co ty opowiadasz? Pan jej nie wierzy, biedaczka chyba w jakąś depresje wpadła. Co ty mówisz żoneczko, ja ciebie nigdy bym nie skrzywdził, a że przy seksie, no wie pan mamy trochę takie upodobania, klapsy, ciągniecie za włosy, trochę wstyd o tym mówić….
- Przestań kłamać! Właśnie tak było, dusiłeś mnie poduszką i ja wcale tego nie chciałam, ty nie żartowałeś, ty chciałeś mnie zabić!- rozpłakałam się od nowa
-Pan się nie wtrąca, teraz z żoną rozmawiam, proszę się uspokoić, nic pani nie grozi. Proszę wyjść na zewnątrz. Zapali pan sobie, złapie świeżego powietrza, proszę nas zostawić.
Czyli dzisiaj nic pani mąż nie zrobił? Ani nie biła ni nie dusił?
-Nie dziś nie. Tak jak mówiłam, uciekłam i zamknęłam się w pokoju. Popchnął mnie na podłogę w łazience, upadłam, ale nic mi się chyba nie stało.
-A czemu nas pani wezwała? Bo czuła się pani zagrożona czy tak? Co zatem mąż zrobił?
-Wypił, awanturował się, stłukł kilka talerzy, potem potłukł kosmetyki w łazience,  wyzywał mnie, groził, że mnie zabije
-Ale nie uderzył, nie zrobił pani fizycznej krzywdy?
-No nie….
Trwało to jeszcze jakieś kilkadziesiąt minut, pytania, spisywanie, mąż potulny jak baranek, ja rozdygotana, zapłakana… pewnie rzeczywiście sprawiałam wrażenie znerwicowanej wariatki jak mąż mnie przedstawił. Docierało do mnie coraz bardziej,  że policja mi nie pomoże, ze mąż miał racje, nikt mi nie uwierzy, nikt mnie nie zrozumie.
Paranoja jakaś.
Wyszli. Odjechali.
I wtedy dopiero zaczęło się piekło.
Najpierw popchnął mnie, upadlam na podłogę tak, jak stałam nie spodziewając się ataku.
-Ty dziwko –krzyczał- zabije cię! Ty szmato na mnie wezwałaś policje? Na mnie?! To ja ci pokaże gdzie jest twoje miejsce suko! -Złapał mnie za nadgarstki, chwycił mocno i zawlókł, dosłownie zawlókł do pokoju, złapał za włosy i uderzył kilka razy głową o podłogę. -Ja ci pokaże dziwko, kim ty tutaj jesteś, ja ci pokaże gdzie jest twoje miejsce! policji ci się zachciało, znalazła się wyzwolona suka!
Zaczęłam krzyczeć ale zdjął koszule i wpakował mi w usta ile się dało, z resztą niepotrzebnie bo i tak nigdy nikt „ nie usłyszał” mojego krzyku, zdjął spodnie i „wziął co mu się należy” jak krzyczał.
-Tylko do tego się nadajesz dziwko żeby cię pieprzyć, ale nawet w tym jesteś do niczego! – krzyczał, kiedy skończył zapiął spodnie, napluł mi na twarz i powiedział: Leż tu suko, tu jest twoje miejsce i zapamiętaj że następnym razem cię zabije. -Po czym wyszedł zatrzaskując drzwi za sobą…
Zostałam sama, leżąca, sponiewierana, zapłakana na dywanie, chyba przy upadku musiałam sobie rozciąć wargę bo w ustach czułam krew.
Pozbierałam się, wykąpałam próbując zmyć z siebie cały ten „brud” i nasłuchiwałam do rana
czy nie wraca.
Nie wrócił, rano wyszłam do pracy.

Czy ktoś się dziwi dlaczego policji nie wezwałam po raz drugi?
Przecież odebrali mnie jako znerwicowaną wariatkę, histeryczkę, przecież nic nie zrobili, zostawili mnie z nim.  
Przecież nic się nie stało, przecież mnie nie zabił to co im powiem, że się ze mną kochał mało delikatnie? Kto uwierzy, że to był gwałt?
Przecież nie mam śladów na twarzy, nie mam podbitego oka, nie mam żadnych zadrapań, nadgarstki mnie bola? Ale przecież nic na nich nie widać…
Że guza sobie nabiłam? Przecież powie, że się przewróciłam, sama nikt mnie nie popchnął, z resztą, przecież policja spisała, ze w łazience się przewróciłam to sobie mogłam wtedy nabić. Zdenerwowana byłam, on chciał mnie przeprosić a ja go odepchnęłam i wtedy się potknęłam i upadłam. Ba, może nawet zrobiłam to celowo?
Kto mi uwierzy? Tej roztrzęsionej histeryczce, która ma depresje bo nie może zajść w ciąże?
Że mąż by mnie skrzywdził? Nie to nie możliwe…
Czy ktoś się ciągle dziwi skąd się bierze to zamykanie się w sobie?
Czy któraś z Was po takich przeżyciach pobiegnie do przyjaciółek opowiadać co jej się przytrafiło? Czy opowie chociażby matce?
Nie, płaczemy w czterech ścianach… same.
Boimy się, że nas nikt nie zrozumie i nie zrozumie ktoś kto sam w jakiś sposób tej przemocy nie doznał. Nie zrozumie czego się boimy i dlaczego nie walczymy o siebie. Dlaczego nie mamy siły by odejść, by walczyć o życie.
Boimy się wszystkiego, najbardziej braku zrozumienia przez otoczenie, właśnie tego, że ktoś przed kim się otworzymy powie: sama jesteś sobie winna, sama do tego doprowadziłaś… Znamy to. Znamy to z naszego związku, bo mąż powtarza nam to od lat, że to nasza wina i same do tego doprowadziłyśmy aż w końcu w to wierzymy.
 Boimy się ze nie damy rady, bo nie mamy na kogo liczyć, bo nikt nam nie uwierzy, bo część ludzi powie, że same sobie taki los zgotowałyśmy, bo nikt nam nie pomoże a bez pomocy nie damy rady i zdajemy sobie w tego sprawę, tylko w tą pomoc nie wierzymy. Boimy się odejść bo już zapomnieliśmy jak wygląda życie bez oprawcy, bo już takiego życia nie pamiętamy, bo jak mamy zostawić dorobek całego często życia i odejść zazwyczaj z niczym? Bo boimy się że jego gniew dosięgnie na wszędzie, boimy się ze prześladowca pójdzie za nami wszędzie tylko po to aby się zemścić. Bo często zaczynamy się buntować, bo jak to nasza ciężka praca i mamy to wszystko zostawić i zacząć znów od zera? Bo w końcu jak sobie poradzimy bez dachu nad głową? Czasem z dziećmi, więc godzimy się, godzimy się i jednocześnie mamy nadzieje, że to się nagle odmieni, że on stanie się człowiekiem, jakiego poznaliśmy lata temu. Nie zmieni się. Na pewno.

Powiecie że są domy pomocy społecznej, domy samotnej matki?
Tak owszem, a czy ktokolwiek z Was próbował kiedyś pójść po pomoc do takiego domu?
Ja byłam. Owszem w ostateczności należy wybrać taką opcję, bo lepsze to niż życie z katem, ale nie jest to łatwe.
Że jest przecież niebieska karta?
Tak i policja miała obowiązek wtedy, kiedy wezwałam ich po raz pierwszy, założyć niebieską kartę, sama bez mojej zgody, bez mojego wyraźnego polecenia, być może gdyby ta procedura została wszczęta od pierwszego razu, on nie czuł by się bezkarny. Karta zakładana jest tylko na wyraźny wniosek pokrzywdzonego, podczas gdy prawo mówi zupełnie co innego bo nakazuje tworzenie tego dokumentu w momencie powzięcia informacji o możliwości zaistnienia przemocy domowej. 
Już nie mówiąc o tym jak ta procedura działa w praktyce. Wywiad środowiskowy? Czy myślicie ze jak ktoś w   z policji czy z opieki społecznej przyjedzie w ciągu tych siedmiu dni to mąż z ochotą przyzna, że jest sprawcą przemocy?
Polecam policji ponowne odwiedzenie domu, w którym przeprowadzana była interwencja najdalej godzinę od wyjazdu policji. Bo to wtedy najczęściej sprawca wyżywa się na ofierze karząc ją za wezwanie policji, która i tak nic jej nie pomogła.
Spotkanie  z psychologiem? Jeśli się trafi na dobrego, to może tak, ja nie trafiłam, bo po za mówieniem:, proszę się uspokoić, wszystko będzie dobrze- nie usłyszałam właściwie nic więcej, nie wiem, nie znam się na psychologii może właśnie to jest właściwa i skuteczna metoda, , ale dla kogoś kto przestaje widzieć sens życia, kto każdego niemal dnia jest upokarzany i krzywdzony takie słowa działają jak płachta na byka.

Konstytucja gwarantuje nam wszystkim prawo do nietykalności fizycznej i naprawdę nie ma znaczenia czy kobieta jest słabsza, brzydsza, czy przestała o siebie dbać, czy jest przemęczona, czy schudła, czy przytyła, czy pomalowała paznokcie czy nie i nawet jak by rzeczywiście była chora psychicznie ( a nawet w szczególności wtedy!)  to nikt nie ma prawa jej bić, poniżać, ubliżać, popychać ani zmuszać do seksu ani w żaden inny sposób znęcać się nad nią!

***

Zaznaczam, że w każdej chwili mogę zamknąć możliwość komentowania bez podania przyczyny. To jest zamknięty, zabliźniony temat. Chce tylko zwrócić Waszą uwagę na takie sprawy, które dzieją się w otoczeniu każdego z nas.

Jeśli ktokolwiek po przeczytaniu tego tekstu chce się do mnie zwrócić po pomoc- jestem.  

wtorek, 18 kwietnia 2017

Co kraj, to obyczaj

W Święta nawet nie było mowy, żeby spojrzeć do komputera! i dobrze! tak właśnie powinno być.
Telefony też zapomniane, porzucone gdzieś w kącie się rozładowały nie zakłócając niczyjego spokoju, dopiero wczoraj wieczorem był popłoch, gdzie one są, bo przecież budziki w nich są poustawiane.
Ale nie o tym miało być.
Te Święta, pierwsze bez Taty, były zupełnie inne od wszystkich. Niestety przyznać też trzeba, że to już tak pozostanie i że za rok najprawdopodobniej również odbędą się w podobny sposób, i za dwa i za pięć....
Ciągle wracam do wspomnień sprzed lat, dobrych wspomnień, bliskich mi tradycji, tęsknie za tym, ale teraz trzeba zamknąć tamten rozdział: to już nie wróci, trzeba żyć dalej, trzeba stworzyć swoje zwyczaje, tradycje, takie do których kiedyś i nasze dzieci będą tęsknie wzdychać...
Pierwszy raz koszyczek ze święceniem zanosiłam na swoją wioskę, na szczęście świecenie było u sołtysa, to wiadomo gdzie, bo tabliczkę  urzędu ma na budynku, a przecież po nazwisku to nijak nie trafię.
Inaczej, wszystko inaczej niż niż w rodzinnych stronach:
jedynie naszej jajka malowane, pozostałe albo oskubane, albo takie zwyczajne w jajkowym kolorze, nikt też ze święceniem nie czeka na księdza: przychodzi się, zostawia koszyk i wraca po niego po południu. U nas, w rodzinnej wsi, zawsze w pokoju gdzie stały stoły ze święceniem były miejsca do siedzenia, a jak było za mało to się stało, większość ludzi zostawała ze swoim koszyczkiem w oczekiwaniu na przyjazd księdza, było mnóstwo dzieci, które co tu dużo mówić po pierwsze figlowały, żartowały, piszczały, śmiały się, obserwowały który koszyk najładniejszy, a po drugie chłonęły tę tradycję. Zawsze przez te pół godziny można było zamienić z sąsiadami dwa zdania, usłyszeć nowe wieści ze wsi, można było zwyczajnie pożyczyć ludziom wesołych świąt. A tu nic: wyszła sołtysowa, wskazała drzwi za którymi stał stół na koszyki i tyle.
Na śniadanie wielkanocne zaprosiliśmy sąsiadkę- ona mieszka sama (bez prądu i wody w rozwalającej się ruderze), a my pierwszy raz jedliśmy śniadanie u siebie, też sami. Ogrzała się, zjadła. Widać było, że dobrze się u nas czuła. I dobrze. Nawet kiedy usłyszała, że po śniadaniu wyjeżdżamy chciała się szybko zebrać, ale przecież nikt na nas nie czekał.
Znicz zapalić można o każdej porze.
Za to w poniedziałek wielkanocny kwiat wsi zebrał się pod płotem z zamiarem odwiedzenia i pochlustania sąsiadów świeżą wodą ze studni, ale rzeczona sąsiadka wejścia na nasze podwórko własną piersią broniła. I całe szczęście bo w domu małe dzieci nie tylko nasze, a nie wiem kto to stado pijanych facetów później wyprosił... Ale chyba przejście po wsi się udało, bo sąsiad dziś rano jeszcze rozalnielony i uśmiechnięty siedział na w rowie trawce, brrr niektórzy to mają zdrowie!
Tak więc wiecie już jak wyglądają tradycyjne  święta na naszej patologicznej wsi!
Zrobię wszystko żeby jednak nasze dzieci trochę inaczej je pamiętały niż tu opisałam.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wesołych Świąt!


Tradycyjnie od kiedy sięgam pamięcią w Wielki Piątek wieczorem  malowałyśmy z mamą i siostrami jajka. Tak też miało być i wczoraj, dziewczynki co prawda zasnęły wyjątkowo wcześnie nie doczekawszy tworzenia pisanek, ale ja chciałam żeby tradycji stało się zadość  i z zadowoleniem naszykowałam koszyk  kilka jaj, wosk, naczynie i nagle panika: nie mamy słomy! Stodołę mamy, ale słomę oddaliśmy dwa lata temu sąsiadowi. A słomkę potrzebowałam do malowania wzorków, nawet próbowałam na szybko wymyślić czego można użyć zamiast, ale patyczkiem się nie da, plastikowa słomka się rozpuści w gorącym wosku, pędzelek też nie będzie najlepszym rozwiązaniem. Jednak Asterix wybrał się do stodoły na poszukiwania resztek i tadaaam znalazł takie sianko na stół coś:



 Niezbyt to urodziwa słoma, ale coś tam udało się z tego wyłuskać. Później już było przyjemnie, wosk do naczynia i na ogień:


A kiedy nabrał odpowiedniej konsystencji wystarczy moczyć słomkę i malować wzorek.
Uwielbiam ten zapach prawdziwego, pszczelego wosku, którym wypełnia się cały dom.
Pachnie Wielkanocą. 



Łuski od cebuli z miesiąc zbierałam:) Ale kolor wyszedł bardzo mocny, czyli taki jaki chciałam.
Teraz wystarczyło tylko ugotować jajka w wodzie z cebulastymi piórkami i już.


 Kilka jajek zafarbowałam też w barwnikach, wcześniej oczywiście woskując wzorki.
Efekt końcowy taki:

W międzyczasie też pierwszy raz robiłam białą kiełbasę. Tradycyjnie robił ją Tata, czas wiec rozpocząć nową tradycję.  Nie wiem jak wyjdzie, bo zapomniałam o jednym składniku, ale cicho, nie mówcie nikomu, jak wyjdzie zjadliwa to się nie przyznam;-)


A jak ktoś wytrzymał te nieco przydługą opowieść to na koniec życzymy Wam zdrowych i pogodnych Świąt, przyjemnie spędzonego czasu w gronie najbliższych i radości z każdej wspólnie spędzonej chwili. Weselcie się kochani i pamiętajcie: żadna z tych chwil już więcej się nie powtórzy wykorzystajcie je więc najlepiej jak to możliwe!




piątek, 7 kwietnia 2017

Życie...

Choćbym nie wiem jak chciała nie potrafię zatrzymać czasu, ani tym bardziej cofnąć.
Wiosna pcha się drzwiami i oknami, wszystko rośnie pachnie i śpiewa i żaden ból ani żal  tego nie powstrzyma. Życie toczy się dalej...
Ptaki ćwierkają, koty je zjadają, dzieci biegają po trawie, sklepy przygotowują się na przedświąteczne oblężenie, urzędnicy piszą durne pisma, jednym słowem czas biegnie nieubłaganie nie oglądając się na nikogo.
Czuję się tak jakbym patrzyła na to wszystko z boku, a życie jak teatr działo się obok mnie.
Ale pora się włączyć do przedstawienia.
W przedszkolu mieliśmy warsztaty wielkanocne. Współczuję paniom, zwłaszcza pani sprzątającej.
Podobno wszystkie wczoraj do 20 sprzątały, ale dzieci były zachwycone, rodzice chyba też.
Nie pokażę naszej pracy bo w drodze do auta, które stało ho ho ho albo i dalej od przedszkola wiatr nam nieco dopieścił dzieło. Że tak powiem dodał mu artyzmu. Żeby nie powiedzieć wprost, że je zwyczajnie rozpierniczył.
Dokumenty do szkół muszę złożyć. Uwierzycie, że już od września moje dziecko będzie w pierwszej klasie?! Ja jeszcze nie wierzę. Ech z tymi szkołami to też heca. Teraz już wiadomo co i jak ale jeszcze tydzień temu nasze szkoły nadal nie do końca wiedziały co i jak, jakie będą formularze, jakie terminy. Generalnie czeski film. I tylko dzieci żal.
To na koniec trochę wiosny, skoro już przyszła to niech ma:
Pomieszała się kolejność:(


Jak wiosna to i kotki na drzewie...

I kos(ki) też
Stokrotek to chyba przedstawiać nie trzeba?
Czereśniowe pączki
Krokusy marnie w tym roku

Te jasnoliściaste z tyłu to też miały byś krokusy, ale wyrosło niewiadomoco

nie pamiętam co to, chyba ognik, ale pewna nie jestem

nie mam pojęcia co to za ptaszek, na pliszkę za mały a nic innego nie przychodzi mi do głowy

Chyba hiacynt


















PS.Tęsknie za dawną Stokrotką (żeby było ciekawiej to na fb ma ciągle nowe polubienia mimo że wszystkie posty usunęła, a nowych nie zamieszcza) , za jej pisaniem. Gimi musiała ważyć słowa, bardzo ostrożnie pisać, a teraz nie potrafię się przełamać jakoś. W ogóle nie wiem czy jeszcze jest sens cokolwiek tutaj pisać.
Czas pokaże.