środa, 20 września 2017

Wiadomo

Po takim zebraniu klasowym świat od razu wygląda inaczej.
Wiadomo już czyj tata jest policjantem a czyja mama jest "chybalekarzem", kto prowadzi firmę i że nikt nie będzie piekł ciast. Wiadomo, kto się bardzo spieszy i musi już natychmiast wyjść i absolutnie nie może czekać do wyboru trójki klasowej, wiadomo też kto -w razie czego- zmieści się pod ławkę, byle tylko przypadkiem nie musiał do tej trójki należeć. Ale wiadomo  też, że są i tacy "odważni" którzy po krótkiej rozmowie sami się do tej trójki zgłosili, więc wybór był tylko formalnością.
Z wiadomych rzeczy to jeszcze i to, że wychowawczyni okazuje się być całkiem normalnym (na drugi rzut oka) człowiekiem a pierwsze, dość chłodne wrażenie, mogło być jednak skutkiem stresu spowodowanego zarówno spotkaniem z rodzicami jak i zmianą placówki, do której zapewne niejako została przymuszona. Wiadomo też, że w przyszłości należy zorganizować na zebranie czajnik, kawę i ciasto, bo spraw do omówienia zazwyczaj jest dużo, a większość rodziców pędzi prosto z pracy i kawa na pewno nam takie (przymusowe)  spotkania umili- żeby nie było propozycja wyszła od wychowawczyni i czajnik to ona wymodli ona u dyrektorki. 

wtorek, 12 września 2017

Z dziećmi po Mazurach cz.1 Statkiem po trawie

Ostatni weekend postanowiliśmy spełnić jedno z marzeń i odbyć rejs po kanale Elbląskim.

Marzenie w sumie spełniło się częściowo, bo zamiast rejsu 4,5 godzinnego wybraliśmy taki o  trzy godziny krótszy, to jednak jestem bardzo zadowolona.

 O kanale Elbląskim można poczytać tu  KLIK..


 


Jak pokonać różnicę poziomów miedzy jeziorami? I to nie byle jaką bo aż 100m? 

poniedziałek, 11 września 2017

Histeryczna próba złapania lata za nogi

Tak jak  w tytule:
wreszcie słoneczny weekend przeznaczyliśmy w całości na próbę wydłużenia sobie lata.
Udało się, wypełniony po brzegi, ok 700 km drogi, dwa jeziora, zalew, kanał, 4 miasta. wymęczeni ale zadowoleni wróciliśmy wraz z deszczem do domu.
Kolejne chorągiewki wbite w mapę,
kolejne zdjęcia czekają na stworzenie albumu.




Ech, a teraz pora wrócić do rzeczywistości...

czwartek, 7 września 2017

O wychowawcy

Nie miałam jeszcze nigdy dziecka w pierwszej klasie, wiec nie mam doświadczenia. Ze swoją własną pierwsza klasą nie ma co porównywać, to były inne czasy, w klasie było nas pięcioro, kredki ołówek, zeszyty i blok rysunkowy to było całe wyposażenie, podręczniki szkolne i już. Zupełnie inny świat.
Teraz wszystko jest dla mnie nowe, ale po pewnym doświadczeniu jakie mam z przedszkola trochę inaczej sobie to wyobrażałam i nie wiem czy to przedszkole tak mnie zepsuło, że mam pewne wątpliwości, czy jednak nie jest do końca tak jak powinno. Bardzo proszę więc o wypowiedź zwłaszcza osoby mające doświadczenie jako rodzice ale też koleżanki nauczycielki- bo ciekawa jestem jak to wygląda z drugiej strony, bardzo będę zobowiązana.
Jak już pisałam wychowawczyni 1a nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, chociaż może to za dużo powiedziane, po prostu czuje się jakiś taki dystans nie tylko do rodziców ale również do dzieci, jest jakaś taka sztuczna. Nie chce się do niech zniechęcać od początku- wiadomo dla wszystkich jest to nowa sytuacja, nauczycielka musiała opuścić swoją starą szkołę i przejść do nowo powstałej- rozumiem, że może w tym też być problem, nowe środowisko, wiadomo że człowiek z pracą się zżywa mniej lub bardziej, a może tamta szkoła to było wymarzone miejsce jej pracy? Nie wiem szukam po prostu wytłumaczenia.
W dniu pierwszym- nudnym jak to określiła córka- po wszelkich przemówieniach i sprawach organizacyjnych, po rozdaniu kompletów książek wychowawczyni zaproponowała, aby z czasem dzieci przyniosły do szkoły książki, których już nie czytają a którymi chętnie podzielą się z kolegami na zasadzie klasowej biblioteczki, z której to będą korzystać na przerwach.
Dziecko zapakowało do plecaka wszystkie książki, dwa zeszyty i wybrało ze swojej biblioteczki trzy książki, które chciało właśnie na użytek klasy przeznaczyć. Matka zaś spakowała wyprawkę, którą w ostatnim tygodniu wakacji dyrekcja wypisała na stronach szkoły, a która to wyprawka zawiera wszelkie przybory do wyrażania plastycznych wizji świata czyli bloki, papiery, farby, kredki, mazaki, plasteliny itp. była tego cała wielka torba- wszystko co się dało podpisane pełnym imieniem i nazwiskiem tak jak Pan Bóg i dyrektor przykazał- cała wyprawka ma być składowana na półce dziecka również opisanego imieniem i nazwiskiem, aby nie trzeba było wszystkiego niepotrzebnie nosić, aby wszystko było na miejscu. I słusznie.
Ten pierwszy poranek był strasznie szaleńczy i niepoukładany, torbę z  wyprawka oddałam do rąk wychowawczyni (jak i pozostali rodzice) dziecko nieco przerażone  zostało dzielnie posadzone miedzy dwiema innymi dziewczynkami w pierwszej ławce i dzień się zaczął. Nie było czasu zamienić z wychowawczynią słowa, bo kilkoro dzieci w tym samym czasie wchodziło, oddawali wyprawki, dzieciaki zagubione jak to pierwszy dzień. Wychowawczyni przekazała nam do kontaktów swój nr telefonu aby był kontakt na bieżąco. 
Na około godzinę przed końcem lekcji napisałam do wychowawczyni sms że przepraszam bo  nie mam jeszcze zeszytu do korespondencji, ale  Hania dziś wzięła te książki do biblioteczki klasowej, że jest trochę przerażona i że możliwe że będzie się wstydziła powiedzieć o tych książkach. 
Wieczorem dostałam odpowiedź, że wiadomo ze wszyscy się stresują na początku, że jak czegoś brakuje to powoli można uzupełnić, że będzie dobrze.
Ok. 
Hania wróciła do domu z książkami w plecaku.
Wczoraj po szkole rozmawiamy o tym jak było, o tym co robili, czy już wie gdzie co jest. Hania rozpromieniona mówi, że dziś już robili dużo różnych rzeczy, a miedzy innymi wycinali kolorowe liście z papieru, i po chwili diametralnie zmienia jej się nastrój w oczach prawie łzy i mówi, ale nasz pani te nasze liście wyrzuciła do kosza. Niemożliwe- mówimy jej, a może ty na świetlicy wycinałaś te liście? Nie, w klasie z naszą wychowawczynią. Widziała jak wrzuciła je do kosza.
No cóż mam nadzieję, ze to jednak jakieś ścinki tylko były, a nie faktycznie te wycinane przez dzieci liście, może dziś coś się wyjaśni, ale nawet jeśli to były ścinki to chyba jednak pani powinna zadbać o to, żeby dzieci nie maiły poczucia ze ich praca trafiła do kosza, albo mogła je wyrzucić po lekcjach.
Wieczorem siadamy do odrabiania lekcji,. oglądam ćwiczenia i zadanie które robili w szkole brzmi mniej więcej tak: narysuj minę wyrażającą twój dzisiejszy nastrój w szkole i na pół strony narysowana buźka z podkówką skierowaną w dół. Pytam wiec czy była smutna? Odpowiedź brzmi tak. A dlaczego? Bo nie miałam kredek. Ale jak to nie miałaś kredek, przecież w twojej wyprawce, którą zaniosłam wczoraj do szkoły są kredki. Ale pani nie rozpakowała jeszcze.
Dla mnie to jakieś wielkie nieporozumienie.
W spisie wyprawki napisane było, że piórnik ma zawierać dwa ołówki, gumkę białą, nożyczki, klej, linijkę i temperówkę. kredki, farby i bloki miały być w tej części, która leży na półce w szkole. Nie wiem nie znam się, ale zrozumiałam, że te kredki są do użytku dzieci nie tylko na zajęciach plastycznych, że po prostu jak są potrzebne do wypełniania ćwiczenia z matematyki to idą do swojej szufladki i je biorą. Nie wiedziałam że w piórniku powinien być drugi zestaw. 
Powiedzcie mi czy pani jednak w takim wypadku, kiedy widzi, że dziecko nie ma drugich kredek w piórniku, że wypełnia wszystkie zadania ołówkiem i że ma za plecami (swoimi plecami przy biurku, a nie dzieci na półkach) wyprawkę zawierającą wszystkie potrzebne rzeczy, choć może jeszcze nie wyłożyła jej na półkę to czy nie powinna jednak dać dziecku kredek? Kurcze ona ma w klasie tylko 22 osoby ( z czego dwie jeszcze nie przychodzą). Nie wiem,  a może to ja się czepiam? Może za dużo wymagam, bo to nie jest już przedszkole i dzieci mają same dbać o wszystko?

środa, 6 września 2017

Czarna owca

No to ponarzekam na rodzinkę trochę.
Czarną owcą w rodzinie jestem nie od dziś. Wiadomo najpierw był rozwód, który w prawdziwych katolickich rodzinach jest grzechem wielkim i zdarzyć się absolutnie nie powinno, później były dzieci a wiadomo że jak porozwodowe to znaczy, że nieślubne. Na dodatek jeszcze poglądy polityczne śmiałam ujawnić, a wiadomo kto nie jest z nami ten jest gorszy sort. Dziwne, że jeszcze jakiegoś egzorcysty na mnie nie nasłali, ale może adres zgubili a głupio zapytać ponownie. 

wtorek, 5 września 2017

Szkoła

I poszła do szkoły.
Nie mogę pozbierać myśli, żeby napisać coś sensownego.
Wczoraj było odsłonięcie tablicy bo właściwie jest to nowa szkoła, przemówienie burmistrza, przemówienie dyrektora, generalnie wielkie niezadowolenie ze zmian, jakie wymusiła reforma ale zapewnienie, że wszyscy zrobią wszystko co w ich mocy, aby jakoś to ogarnąć. W szkole są dwie ostatnie klasy gimnazjum, oraz klasa 7, 4 i 1... dziwnie, ale tak wyszło. Wiadomo wszystko trzeba było pozmieniać, nawet pierwszy września trzeba było zmienić, żeby było tak jak było. Klasa pachnie nowością, od 18 lat nie uczyły się tu małe dzieci, więc wszystko jest nowe: nowe pomoce, tablice, szatnia, nowe ławki, tylko krzesełek nie ma jeszcze, bo producenci nie wyrabiają, będą w ciągu miesiąca. Mamy pożyczone z innej placówki na tan czas. Wychowawczyni ciągle mnie nie porywa. Mam wrażenie jakby nie była przygotowana do swojej roli, albo jakby nie odrobiła pracy domowej, a mam na myśli na przykład to, że na pytanie rodziców gdzie jest świetlica, bo od dziś większość dzieciaczków po lekcjach właśnie tam ma się udać, odpowiedziała  z rozbrajającą szczerością, że nie wie bo nie pytała, nie czytała oświadczeń, które nam przekazała do podpisania... Mam nadzieję, że do dzieci będzie miała inne podejście.
Z ciekawszych rzeczy: pani dyrektor wyraziła swoje oczekiwania wobec nowych uczniów, przydzieliła im też zadania już od pierwszego dnia,  na ten przykład uczniowie klasy siódmej odprowadzili do klasy pierwszaków. Generalnie jest to tak miła i pogodna osoba, że chyba nie bez powodu gimnazjum pod jej opieką cieszyło się świetną opinią.
Rodzice też są trochę zagubieni, myślę, że dla sporej większości to pierwsze dzieci w szkole. Do tego jest jeszcze wiele niedomówień, wiele niewiadomych.
Plan na najbliższy tydzień zakłada za to naukę w godzinach 8.00-11.45, obiady powinny zacząć funkcjonować od połowy września a realizowane będą przez firmę zewnętrzną, co więcej czas pokaże. w połowie września zebranie, pewnie wiele rzeczy do tego czasu się rozjaśni.


Pogoda dziś odzwierciedla mój nastrój, ale w nie dotyczy on szkoły. Ze szkołą to jednak wiąże nadzieje, a nawet jestem pewna, ze będzie dobrze a może nawet bardziej niż dobrze i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu..

niedziela, 3 września 2017

Czary-mary

Wbrew pozorom nie będzie o spotkaniu czarownic blogerek.
Właściwie to zdjęcia powiedzą to lepiej niż jakiekolwiek słowa, napiszę więc bardzo krótko.
W jeden z wakacyjnych dni wybraliśmy się do miejscowości Bolimów ( i okolicznych, ale rozładowała mi się bateria w aparacie, wiec chyba musimy się wybrać jeszcze raz;-P). 
Mieści się tam Warsztat Garncarski Rodziny Konopczyńskich.  KLIK.
To co robi garncarz wygląda naprawdę jak czary-mary, w krótkiej chwili z szarej bryłki lepkiej masy wyczarowuje niesamowite rzeczy!
Z resztą co ja będę opowiadać, zobaczcie sami:















Serdecznie polecam ot miejsce, zwłaszcza na wizytę z dziećmi!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Leniwy weekend

Ostatni weekend wakacji za nami.
Totalne lenistwo! Najpierw planowałam, aby ten ostatni weekend spędzić gdzieś z dala od domu, odkrywając znów kawałek polski, ale w ostatniej chwili zmieniliśmy plany i chyba na dobre wszystkim to wyszło.
W piątek starsza zaproszona była na urodziny przedszkolnej koleżanki, właściwie to przyjaciółki można chyba powiedzieć. Pisałam kiedyś o Lence. Dziewczynki chodziły razem do żłobka, później do przedszkola przez rok, a później Lena dostała się do przedszkola "państwowego" i ich drogi się rozeszły, aczkolwiek niekoniecznie bo dziewczynki tak często wzajemnie o sobie wspominały, że zdecydowałyśmy się od czasu do czasu spotykać, i tak przyjaźń między młodymi kwitnie, a ja też lubię rodziców Lenki. Tak czy inaczej imprezka urodzinowa obywała się w ogrodzie, dzieciaki szalały na trampolinach, huśtawkach i innych hamakach i dopiero jak się zrobiło mocno ciemno z nieukrywanym zawodem dały się powciągać do samochodów.
Padły jak kawki w drodze powrotnej, brudne ale jakie szczęśliwe;-)
W poranek sobotni wspólne śniadanie,  a później plac zabaw, bajki, klocki i co tam jeszcze sobie chciały;) Na obiad (całkiem udany z resztą) pojechaliśmy do miasta, po powrocie do domu znów zabawa, a wieczorem grill i trampolina aż do nocy, mało brakowała a zasnęły by na tej trampolinie, he he starsza nawet sobie koc z domu przytargała żeby się wygodnie ułożyć;)
A w niedziele to już totalne lenistwo: oglądanie filmów familijnych, klejenie, wycinanie, koralikowanie, czytanie przerywane tylko zabawą na podwórku.
Po tych wszystkich weekendach wypełnionych po brzegi chyba takiego błogiego lenistwa w domu dziewczynki jednak potrzebowały: bez pospiechu, bez godzin jazdy w samochodzie, robiły co chciały i jak chciały, chodziły w piżamach i w księżniczkowych sukienkach, taka zupełna beztroska...
A teraz... pora planować wrzesień, bo też mamy masę planów i jeśli tylko pogoda będzie łaskawa, to na pewno nie usiedzimy w domu;-)

piątek, 25 sierpnia 2017

Coś się kończy, coś się zaczyna....

W tym tygodniu Starsza przyniosła do domu teczkę ze swoimi pracami z przedszkola.
Otrzymała też Dyplom Ukończenia Przedszkola (właściwie powinno być zerówki).
Jeszcze do końca miesiąca może chodzić do placówki, choć już od poniedziałku w przedszkolu zmiany, dzieci przechodzą ze żłobka do starszych grup, starsze grupy staja się zerówką, większość dzieci z jej grupy od miesiąca już nie przychodzi, kilka osób zostaje na drugi rok z zerówce, właściwie to ona jest jedyna która idzie do pierwszej klasy mają 6 lat.
Nie może się już doczekać, ciągle pyta: no kiedy wreszcie będzie ta szkoła?
Pamiętam, że ja też nie mogłam się doczekać pójścia do szkoły i mnie- na szczęście- tak zostało przez wszystkie lata i teraz też bym sobie jeszcze chętnie jakiś kierunek postudiowała, ale wiadomo jak jest.
Mimo wszystko trochę mi smutno. Chciałabym ale ten ostatni tydzień wlókł się jak najdłużej, w końcu moja mała dziewczynka zamyka nieodwracalnie pewien etap swojego życia, za chwilę już nie będzie przedszkolakiem, tylko najprawdziwszym uczniem.
Jest taka ciekawa tej szkoły, nowych znajomości, świata;-)
Boję się trochę tych zmian, ale to raczej w sensie logistycznym, bo przez pierwsze dni trudno nam będzie to wszystko ogarnąć, ale wierzę, że niebawem wszystko się ułoży.
Za to młodsza kończy przygodę ze żłobkiem. Od poniedziałku będzie już przedszkolakiem.
Miejsce to samo, inna sala, inni wychowawcy ale wszystkich zna, więc nie martwię się jak przyjmie zmiany. Ale troszkę mi żal, że znów coś się nieodwracalnie kończy, zaczyna się kolejny etap, bardzo ciekawy i  radosny, ale jednak kolejny....
Ech zmienność jest nieodłączną częścią życia, ale czasem tak trudno pogodzić się ze zmianami, zwłaszcza ze przypominają o nieuchronnym upływie czasu.....
Ostatni tydzień wakacji staramy się jeść pełnymi garściami, upychamy go po kieszeniach, ile się da, wkładamy w słoiki na zapas...




sobota, 19 sierpnia 2017

Uważajcie na drogach

Któregoś wieczoru spotykam sąsiada ze wsi, który w jednej dłoni trzyma pokaźny pęk czarnego włosia.
-A to? To grzywa. Jechałem na Karej, o tu ulicą i tu koło was spadłem. Trzymałem się grzywy to mi w ręku została, o. - zademonstrował.- I jeszcze łbem o asfalt przy....em.
Wiem, że ma dwa konie, więc nie wątpię, że mogło być tak, jak mówi.
-Jak to z konia spadłeś? -dociekam - i jeszcze  z tym? - pokazuję na to, co gość próbuje  niezdarnie próbuje  upchnąć do kieszeni.
-A bo się zapomniałem. Jechałem i trzymałem się grzywy, i myślałem, że jestem w trasie (kierowca ciężarówki) i pozycję chciałem zmienić....

Uważajcie na ulicach, zwłaszcza jadąc przez nieduże, spokojne wioski. One są tylko z pozoru spokojne.
Sąsiad -poza koniem- ma też motocykl: "szlifierkę"/"ścigacza" jak kto woli, wiadomo o co chodzi. Od piątku nie trzeźwieje, a poniedziałek jedzie w trasę do Sztokholmu.
Poza pijanymi/najaranymi ludźmi można spotkać niespodziewanie również krowę, kaczkę, dzika czy innego bociana (łażą tutaj bezkarnie po ulicy, tak że wiecie łatwo można wpaść;-), ale nie zdziwiłabym się wcale, gdyby któregoś dnia drogę mi przebiegł jakiś napruty wielbłąd...

czwartek, 17 sierpnia 2017

Antyreklama


Pominę już, że 6 dni wcześniej otrzymałam sms od firmy kurierskiej, o treści mniej więcej: twoja przesyłka dotarła do nas na magazyn, w ciągu pięciu dni roboczych prześlemy ją do ciebie, o czym wcześniej powiadomimy smsem.


Środa, godziny popołudniowe.
SMS przysłany przez firmę kurierską o treści:
"Panstwa przesylka zostala załadowana na pojazd- kierowca Krzysiek (tu podany nr telefonu).
Kierowca nie ma obowiazku wnoszenia towaru.prosimy oczekiwac na dostawe. Nieodebranie przesylki w wyznaczonym przez kierowce terminie moze znacznie wydluzyc termin dostawy"
Pisownia oryginalna.
Sms przesłany jest chyba z systemu, bowiem nie ma możliwości odpowiedzi na niego. Na paczkę oczekuję od ponad tygodnia, więc nie powiem sms mnie bardzo ucieszył, nawet jeśli nie było o tym mowy przy składaniu zamówienia, że dostawa będzie trwała tyle dni, a na końcu okaże się, że to kierowca ma ustalić termin i w dodatku sama mam sobie wnieść paczkę, a przesyłka była gabarytowa. No cóż...
Czekałam na telefon od kuriera, aby mnie oświecił, o której raczy się zjawić. Niestety ok 18 sama wykręciłam nr do niego. Najpierw nie wiedział o co chodzi ale po kilku minutach oddzwonił.
-Bo wie pani ja bym chciał być jutro o 6 rano z tą przesyłką.
-O 6? Ok, może być 6- odpowiedziałam.
-Ale będzie pani miała kogoś do rozładunku. Bo ja tylko dostarczam!
-Będę.
W sumie i tak o 6 wstajemy, o 6 też zaczynają pracę na dachu, wiec będzie miał kto rozpakować ten nieszczęsny kurierski pojazd.
Czwartek.
Rano, godz 5.20 dzwoni telefon. Spojrzałam na telefon, wyciszyłam położyłam się, dzwoni drugi raz - wysłałam sms: proszę o sms bo mi dzieci śpią.
Pomyślałam, ze może ten kurier gdzieś się pogubił, trafić nie może albo coś.
Czekałam na sms, ale nie doszedł wiec zasnęłam. Po chwili znów dzwoni.
Odbieram zła jak osa.
-Bo ja już jestem u pani- kurier na to.
-Ale miał pan być o 6 a jest po 5.
-No ale jestem, proszę odebrać towar.
-Chyba pan oszalał jak ja panu teraz towar mam odebrać? Co mam chodzić po wsi i ludzi budzić bo pan za wcześnie przyjechał? Mówił pan na 6, to na 6.
-Ale ja mam dziś 35 adresów do objechania, jak nie zacznę wcześniej to nie zdążę!- on do mnie z pretensją- to jak już się pani obudziła to nie może pani odebrać?
-A co ja panu poradzę? Taka praca! Trzeba się było na 5 umówić, a skąd ja panu o tej porze ludzi wezmę.
-To co nie odbierze pani?
-O 6, tak jak się umówiliśmy.
Gdyby mógł rzucić słuchawką to na pewno by to zrobił, ale zakładam że telefon tego dnia był mu jeszcze potrzebny, więc co najwyżej mógł sobie w bramę kopnąć.
Finalnie i tak jakieś dwadzieścia minut przed czasem udało się postawić wszystkich na nogi i paczki odebrać, gdyby chociaż ciołek powiedział, że sam ją wyniesie, bo duże ale w sumie lekkie, to byłby wyjechał wcześniej. Na koniec jeszcze się okazało, że jedna z paczek jest uszkodzona i brakuje części, co prawda najpierw powiedziałam, żeby sobie zabierał wszystko i przyjechał jak będzie w całości, ale przecież, aż taka jędza nie jestem, spisał protokół uszkodzenia i pognał dalej....

Rzeczona firma kurierska nazywa się Colmar Trans.
Nie polecam.

sobota, 12 sierpnia 2017

Lato nie sprzyja blogowaniu.....

.... ale sprzyja blogospotkaniom;-)

Kiedy do nas przyjedziesz?- zapytałam koleżankę- choć bez większej nadziei, przyznaję.
-A mogę jutro?- usłyszałam w odpowiedzi.
-No pewnie, że możesz!- chętnie bym krzyknęła, ale klawiaturą się nie da. Ok, bałam się do końca, że jednak odwoła, albo coś jej wypadnie, ale udało się i przyjechała. Spóźniona nieco dopadłam  do dworca, szczęśliwie nic w powrotną stronę nie jechało i Koleżanka czekała jeszcze i nawet nie było widać paniki w jej oczach, albo jeszcze zwyczajnie nie zdawała sobie sprawy z tego, gdzie jest.  
Obie serdecznie się przywitałyśmy, bo co tu ukrywać bardzo się lubimy i bardzo się ucieszyłyśmy na czekający nas wspólnie spędzony czas.
-Jaki tu spokój- powiedziała Ona, bo na dworcu kilka osób może, choć to główny dworzec miasta.
-Poczekaj aż dojedziemy, zobaczysz co to spokój.
Chłonęła widok naszej puszczy, kiedy pustą drogą mknęłyśmy nieco ponad dozwoloną prędkość. Szybciej to ryzyko: sarny, jelenie, dziki i łosie,  to tutaj codzienność,słonie i zebry tylko po trawce. Nie licząc kierowców idiotów, ci mogą się pojawić chyba zawsze i wszędzie. 
Za każdym razem kiedy tędy jadę zachwycam się tak samo, choć to niby zwyczajny las. 
Dojechałyśmy. 
Później było różnie: krzyczące dziewczynki, przypalone szaszłyki, nocne rozmowy, świece, znicze  i ognie sztuczne , czerwony, ulubiony Pavulon, kiczowata tęczamokra trawa, czerwony dywan szumiąca woda, bzykanie komarów,  świetlisty Księżyc, pohukujące złowrogo sowy, stado dzikich, krwiożerczych kotów, a nawet latanie na miotłach i palenie stosów.
Było śniadanie, bez owsianki. 
I obiad, bez stresu i bez stania przy kuchni.
I lody z drabinki też były, i waniliowe i śmietankowe też,.
I wszystko było cudnie, tylko czas biegł sto razy szybciej, niż zazwyczaj i nawet opóźnienie narzucone przez PKP nie było w stanie zatrzeć tego wrażenia...

Długi weekend przed nami, a właściwie to w trakcie, bo nasz zaczął się już wczoraj krótką, ale bardzo miłą wizytą.
Tym razem będzie bez kilkugodzinnych podróży, ale za to w doborowym towarzystwie.
A za chwilę znów jadę na dworzec;-)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Sen

Wczoraj rano:
-Mamo, a co to za wycieczka?
-A taka kochanie, że najpierw siedem godzin będziemy jechać, później dwie godziny będziemy spacerować aby znów przez siedem godzin wracać do domu.
Dziś rano:
-Mamo, a czy to nam się śniło czy to było naprawdę?
-Kto to wie? Może i nam się to tylko przyśniło....
Po chwili:
-Nie, to nie był sen, zobacz mam tego misia, co go po drodze kupiliśmy.


niedziela, 30 lipca 2017

Lato....

Lato nie służy blogowaniu.
Komputer omijam szerokim łukiem, a kiedy już nawet chciałabym na niego spojrzeć łaskawszym okiem, to zwyczajnie to oko się zamyka. Ostatnie dni upłynęły mi na rewolucji w ogródku, a mówiąc jaśniej wypierniczyłam wszytko co rosło, przekopałam (nie sama na szczęście) te parę metrów i co się dało to posadziłam od nowa. Teraz trzeba jeszcze trawkę posiać, ścieżkę wydeptać i będzie dobrze, a za rok może nawet zacznie wyglądać.
A było strasznie! Kto widział, ten wie ze nie koloruję.
Do pomocy przyszła sąsiadka, sama przyszła. Niestety moja wizja ogródka z jej wizją nieco się rozmijała, ale obyło się bez bijatyki.
I stanęło na moim, chociaż nie wiem czy jak będę w pracy to nie przyjdzie i nie posadzi czegoś po swojemu;-)
A teraz idę z kawką na trawkę upajać się latem.
Tarasu jeszcze nie ma, na razie trawka musi wystarczyć;)






Klarkowa dalia- stołówka dla pszczółek i motyli;-)




piątek, 21 lipca 2017

Spojrzeć sobie w oczy

Przepraszam, ale chyba pisanie pitu-pitu na blogu w takim czasie jak ten jest zupełnie bez sensu.
Pali się nasz kraj i trzeba coś z tym robić. 
Do tej pory nie angażowałam się zupełnie politycznie, nawet zbytnio nie ujawniałam swoich poglądów, bo po co. Ja ludzi lubię po prostu, a nie za to z kim sympatyzują, ale teraz coś pękło, bo to co się teraz dzieje to historia i chyba przyszedł czas, żeby się jasno opowiedzieć za lub przeciw zmianom. Nie wiem czy to coś da, czy protesty coś zmienią, czy nie, ale wiem jedno- nie mogłabym spojrzeć w lustro gdybym nie zajęła jakiegoś stanowiska. Mam małe dzieci, one nie rozumieją co się dzieje, ale słyszą nasze rozmowy, wyczuwają nasze napięcia. Chcę, żeby mogły dorastać w wolnym, demokratycznym kraju, bo o to walczył ich ojciec, ich dziadkowie. W kraju w którym wszystkich traktuje się równo, w którym dzieci mogą chodzić do wolnej, nie zindoktrynowanej szkoły, w kraju w którym nie wytyka się palcami ludzi o innym kolorze skóry i nie wyzywa się od morderców, tych którzy mają inne poglądy- nie tylko polityczne. 
Tak, idealnie nigdy nie było-zdaję sobie z tego sprawę, ale wiem również, że to co robi się z krajem teraz, z całą pewnością sprawi że będzie właśnie dokładnie odwrotnie. Niewiele pamiętam z
PRL, ale wcale nie mam ochoty doświadczać tego wszystkiego, przez co przeszli moi bliscy w tamtym czasie. 

Czy jeśli dziś będę bierna, to co ja powiem dzieciom, kiedy za 10-15 lat zapytają: mamo, a co ty w tamtym czasie robiłaś? Czy zrobiłaś wszystko co mogłaś?
Uważam to zwyczajnie za swój obowiązek- owszem ta władza wybrana jest demokratycznie- zgadzam się, ale ta władza łamie nasze prawo, naszą konstytucję i na to się nie zgadzam. 


Byłam pod Sejmem. Najpierw kiedy przyszłam i zobaczyłam na własne oczy te barierki, policjantów, tłum ludzi- to się zwyczajne popłakałam. Brak słów. Kilka lat temu w budynku Sejmu bywałam wielokrotnie- taki etap w pracy, znałam pracowników, na chodnikach sejmowych mijałam się z politykami. Było normalnie. 
Dziś nie potrafię zrozumieć jak można zamykać Sejm przed ludźmi? jak można odgradzać budynek, w którym wybrani przez nas, nasi przedstawiciele w naszym imieniu rządzą krajem? Odgradzać nieskończoną ilością barierek, policjantów, ja na prawdę nie potrafię tego pojąć. 
Jak to możliwe, że ważne dla kraju ustawy uchwala się nocą? czy 21, 23 czy 2 w nocy to jest normalna godzina na takie sprawy? 
Przerażający był widok oświetlonego budynku parlamentu, widok stojących policjantów pilnujących płotu i dookoła tłum ludzi, którzy są przeciwni temu co się dzieje w środku, ale nikt nie chce ich wysłuchać. Potwierdzam to co pisze prasa- widziałam to na własne oczy: tam są młodzi ludzie, w przeważającej większości. Ja zaliczałam się do tych starszych. 
W Warszawie jest łatwiej. 
Po pierwsze- jesteś w tłumie- nikt cię nie zna, na prawdę niewielkie szanse ze w tej rzece ludzi wpadniesz na znajomych. Po drugie- wiadomo gdzie i o której godzinie. Są mikrofony, nawet jest prowizoryczna scena z której przemawiają ci, którzy mają coś do powiedzenia. Skandowane są hasła, tłum nie stoi bezczynnie- słucha, klaszcze, skanduje, śpiewa.
Byłam w małym mieście pod budynkiem Sądu Okręgowego. 
W małych miejscowościach jest dużo trudniej, choć nie ma barierek ani policjantów..
Po pierwsze trzeba pokazać twarz (albo zdradziecką mordę, jak kto woli). Wśród tysięcy twoja twarz niknie, przy kilkudziesięciu osobach- każda twarz jest rozpoznawalna. Bardzo rozpoznawalna.
Po drugie nikt nie wie gdzie o której. Najprawdopodobniej pod sądem- pół biedy, jeśli jest jeden. Brak organizatora wydarzenia, brak informacji o godzinie. A mimo to ludzie są. Przychodzą grupkami, przychodzą sami. Stoją  w milczeniu lub rozmawiają ściszonym głosem. Są ludzie starsi i są młodzi, często z małymi dziećmi. 
Przyszli sami, często być może narażając się na ostracyzm ze strony rodziny czy znajomych. 
Ważne jest żeby w jakikolwiek sposób powiedzieć, pokazać jeśli jesteś po stronie protestujących. Nie możesz iść na protest (nie ważne, czy jesteś chory, czy masz obowiązku, pracę, małe dzieci, babcię po opieką czy nie chce ci się zwyczajnie) ale włącz się w inny sposób, jakikolwiek, pokaż tylko że nie jest ci to obojętne. Nie wiem: idąc przez miasto postaw tą świeczkę pod budynkiem sądu, postaw ją o 21 w oknie, przypnij do bluzki białą różę, przywiąż do lusterka samochodu, zrób cokolwiek, po prostu zrób cokolwiek.
Co pomoże ta świeczka pod sądem? Pokaże ilu jest tych, którzy nie zgadzają się na łamanie prawa, pokaże, że w danym mieście są ludzie, którzy gotowi są się sprzeciwić upartyjnieniu Polski.
Nie zrobi tego nikt za nas. Mamy prawo nie zgadzać się na to, co teraz próbują zrobić z naszym krajem i mamy prawo to wyrazić. I jeśli nawet kiedyś nas za to pozamykają - a jeśli dopuścimy do tych zmian w sądownictwie to jestem pewna, że wcześniej czy później tak się stanie- to nie będziemy sobie wyrzucać, że mogliśmy coś zrobić a woleliśmy bezczynnie czekać, aż ktoś zrobi to za nas. Nie zrobi! ani Unia, ani opozycja ani Kowalski z drugiego piętra, ani Pani Zosia z Mokotowa. to jest nasz wspólny kraj, nasza wspólna sprawa. 

środa, 19 lipca 2017

Rilaks

"Relaksuję" się w urzędzie powiatowym. Kolejka na jakies 3 godziny czekania, klnę na czym świat stoi, pół dnia w plecy bez sensu. W dodatku musze przysłuchiwać się z jakimi sprawami przychodzą inni ludzie. Mogę podać pesel i adres pani Nowak, która właśnie jest w trakcie prowadzenia sprawy spadkowej i musi się tłumaczyć przed urzędnikiem dlaczego brak jest podpisu małżonka. Dane pana Kowalskiego też mogę podać, łącznie ze szczegółami na temat kwoty jaka uzyskał ze sprzedaży, co i komu sprzedał.
O i jeszcze mogę wam powiedzieć ze próbował pani urzędniczce wcisnąć pare groszy czyli jakby nie było łapówkę.  
Gdzie jest ochrona danych osobowych tak się głupio zapytam?




środa, 12 lipca 2017

W Gdyni

Kiedyś już pisałam, że nie lubię planować i później trzymać się sztywno tego planu- czuję się wtedy ograniczona i nie jest mi z tym dobrze, a nie raz przekonałam się że spontaniczne decyzje są najlepsze. Tak też było któregoś piątku, kiedy najpierw w ciągu dnia wysłałam sms do A, że może byśmy jutro wyskoczyli nad morze, a później już poleciało samo. 
Wieczorem dzieci usłyszały, że bezwarunkowo spać idziemy wcześniej, bo w nocy wyjeżdżamy na wycieczkę. Obudziły się już około północy i nie chciały położyć się do łóżek, bojąc się, że wycieczka może je ominąć.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Z listy marzeń....

Dla Was to może takie tam nic, a dla mnie to kolejne marzenie z listy marzeń odhaczone.
I to jak!
A no tak, że nawet nie śmiałam marzyć że obydwa żaglowce zobaczę w jednym miejscu i w dodatku, że uda mi się obydwa na jednym zdjęciu zmieścić.

A jednak:

Gdyby ktoś nie skojarzył na zdjęciu widać Dar Pomorza (ten niżej) i Dar Młodzieży 

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nie ogarniam

Chyba nigdy nie zrozumiem niektórych ludzi.
Dziewczynka 9 lat, tuż po komunii. Mama szczęśliwa, bo córka właśnie nauczyła się jeździć na rowerze i akurat ksiądz organizuje wycieczkę rowerową dla dzieci. Nie, nie tam żadne muzeum czy inny kościół, jadą sobie w odwiedziny do księdza z sąsiedniej parafii... Matka szczęśliwa i chwali się wszem i wobec, że córka jedzie z księdzem. Nie mam pojęcia, ile tych dzieci i czy ktoś z rodziców będzie im towarzyszył.
Ja pi*%$^olę, nie wiem czy to ja jestem przewrażliwiona czy ludzie są tak kompletnie ślepi?!
Nie oddałabym swojego dziecka pod opiekę obcemu facetowi, nawet ( a może zwłaszcza) gdyby był księdzem? Po cholerę taki ksiądz zabiera dzieci do swojego kolegi?
Jestem pewna, że nawet jeśli coś złego się wydarzy, to te dzieci będą się bały powiedzieć rodzicom, a nawet jeśli któreś się odważy to i tak rodzice nie uwierzą, bo to przecież ksiądz...
Wybaczcie, ale nie mogłam się powstrzymać i tak nie napisałam wszystkiego, ale już się we mnie gotuje od dawna i musiało się trochę ulać....
Może ktoś potrafi mi to wytłumaczyć?



Nie wiem czy ten ksiądz ma jamnika, czy nie...

piątek, 30 czerwca 2017

O bziku

Trudno, zamęczę Was dzisiaj!
Uwielbiam chmury!
To znaczy kocham lato i upały, a zazwyczaj z upałami wiążą się niesamowite zjawiskowe widowiska na niebie. Ubóstwiam je, fascynują mnie, prostu mogłabym tak gapić się cały czas na zmieniające się obrazy. Przepadam wprost za ich wielowymiarowością, za niesamowitą paletą bieli, szarości, niebieskiego, granatu, fioletu, żółci, czasem czerwieni.
Po prostu kocham to zjawisko kiedy chmury wypiętrzają się na gładkiej tafli błękitu i tworzą nieziemskie krajobrazy.
No cóż, każdy ma jakiegoś bzika, ja oprócz wielu innych kocham patrzeć i fotografować chmury.


Wszystkie zdjęcia są z wczoraj.



wtorek, 27 czerwca 2017

Komputer mi się spsuł, to znaczy komputer działa, ale nie chce współdziałać z internetem.
I tak już chyba ze dwa tygodnie jest:(
W pracy niema czasu nawet odświeżyć strony, nie mówiąc o pisaniu czy czytaniu czegokolwiek, a w domu zwyczajnie się nie da. A może pora rzucić to w cholerę? Tylko tak trochę żal.
Opisywać jest co.
Po imprezie na W w tym roku się nie musiałam zbierać, bo w zeszłym to oho ho!
Parę wycieczek mam do opisania.
Parędziesiąt zdjęć do pokazania.
Temat goni temat, chociaż czasem to myślę, że lepiej się w język ugryźć.
Do zobaczenia zatem niebawem, mam nadzieję, że w końcu sobie z tym internetem poradzę!

środa, 14 czerwca 2017

Nic nie piszę...

... bo nie mam czasu.
Sprawy urzędowe mnie pochłonęły. Jak ja lubię te urzędy! Zawsze jest wtedy coś do opisania na blogu. Na przykład od wczoraj mam nowego kolegę.
Mówcie co chcecie, ale półtorej godziny wspólnie spędzone pod drzwiami zbliża ludzi. Pewnie przez najbliższe pół roku z daleka będziemy do siebie machać na ulicy. A i  niechybnie w tym samym czasie urząd nas powiadomi o załatwieniu naszych spraw smsem (patrzcie jaka to nowoczesność do urzędu dotarła!!!!), wiec możliwe, że jeszcze kolejce przy okienku się spotkamy.
Idę pisać list miłosny do zarządzającego tym burdelem, wszak cierpliwość i wyrozumiałość ma swoje granice.

wtorek, 6 czerwca 2017

Wielki dzień...

Szanowni Państwo, niniejszym chciałabym wszem i wobec ogłosić, że dziś nastał dzień wielki i wspaniały! Należy w tego powodu odegrać marsza, oberka  i poloneza albo inną fanfarę.
Kwiaty z tej okazji przyjmuję przez tydzień, czekoladki bez ograniczeń.
Otóż dziś nawiedził nasze skromne domostwo gość niezwykły i znakomity, długo oczekiwany i niezaprzeczalnie nietuzinkowy mężczyzna!
Tak proszę Państwa to jest mężczyzna, przynajmniej tak można wywnioskować z koloru oczu i wielkości uszu. Mężczyzna, wraz ze swoją, niemniej wspaniałą, barwną inaczej, świtą.
Zajechali z samego rana na dwie karety wzbijając z drogi kurz, a w sąsiadach niepohamowaną ciekawość.
Swą niepospolitą obecnością sprawili, że sąsiadka podeszła do płota, którego nie posiada  i zaczęła tłuc gliniane garnki, których nie było.
Później zastukała w moje okno mówiąc konspiracyjnym szeptem: sąsiadko z jakimś towarem do was zajechali.  Właściwsza forma powinna brzmieć "jakieś towary do was zajechali", ale sąsiadka jest w wieku, w którym trudno posądzać kogoś o używanie slangu młodzieżowego.
Towar okazał się być dekoracją konieczną, umożliwiającą pobyt tych ważnych osobistości w naszych skromnych progach, a towary, wróć świta rozpierzchła się natychmiast po obejściu w ilości słusznej, aczkolwiek mocno i pozytywnie zaskakującej.
Porozłazili się wszędzie, oglądając co i jak należy przynieść i jak ustawić, aby pobyt dostojeństwa odbywał się bez zakłóceń, w jak najlepszej atmosferze.
Aby umożliwić rozpakowanie karety należało uruchomić drugą bramę, notabene przewidzianą głównie do wjazdu szambiarki, ale przecież szacowni nie muszą o tym wiedzieć.
Ech luzie! jak oczy się uśmiechały widząc jak szacowni dworzanie z gracją wynoszą przywiezione dobra, jak ustawiają, jak dopasowują, jak dbają o szczegóły, ech człowiek do wspomnienia tej nieprawdopodobnej chwili uśmiecha się do monitora jak głupi do głuchego, który je ser.
Po wymianie krótkich uprzejmości, odtańczeniu Lambady i  powitaniu nowo przybyłych marchewką i cukrem- nie czepiać się, chleba nie było akurat a marchew też jest przecież na "ch" - towarzystwo zajęło swoje pozycje, głównodowodzący wykonał jeszcze kilka telefonów i wziął się za sprawowanie nadzoru, władzy i honorów i tak ma być przez najbliższych kilka dni.
Otóż proszę Państwa, jak zapewne się domyślacie- wszak z tekstu jednoznacznie to wynika-dziś zaczęła pracę długo oczekiwana, wymarzona, wytęskniona..... ekipa remontowa.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ze szkolnych wieści...

Hm od czego by tu zacząć, albo inaczej: czy warto w ogóle zaczynać i pisać o czymkolwiek?
Ostatnio mieliśmy w szkole spotkanie dzieci i rodziców z wychowawczynią, dyrektorem i psychologiem szkolnym.
Psychiatra może byłby bardziej na miejscu, ale nie mają, tylko spychologa.
Dziwnie było znów zasiąść w szkolnej ławce.
Od razu była też klasówka na temat zapotrzebowania na obiady i świetlicę.
Niby temat łatwy, ale jak widać nie mogli się powstrzymać od rozdania kartek, długopisów i zadania pytań;-P Taka natura.
Patrząc na rodziców, można chyba wstępnie wywnioskować, że nie będzie nudno. Może być straszno, ale to się jeszcze okaże.
Generalnie wygląda na to, że wszyscy mamy wspólny cel: i rodzice i nauczyciel i dyrektor, więc nadzieja na sukces jakaś jest. Burmistrz tylko ma odmienne zdanie na każdy temat, ale on za to wszystko płaci, więc nawet mu się nie ma co dziwić.
Liczba dzieci w klasie nie osiągnęła na razie magicznego poziomu dwudziestu i jest tylko trzech chłopców. Generalnie chyba należy im współczuć.
Na razie perspektywę, jaka się przed nami roztacza można by zatytułować Och i Ach!
Żeby tylko nie zmieniła się z czasem na Oj i Ałć! Ale trzeba być dobrej myśli, szkoła ma generalnie opinię świetnej placówki a ponoć o pani dyrektor krążą legendy.
 I nie są to opowieści z krypty, a bardziej z tych słonecznych kręgów, gdzie dobro zawsze zwycięża, a Kopciuszek też była kobietą.
Pani dyrektor robi wrażenie osoby niezwykle skromnej i przyjaznej, za to wychowawczyni na razie mnie nie kupiła, jakaś taka jest niebezpośrednia, jakby była w szklanej kuli.
Królowa śniegu.
Choć niby pogodna, uśmiechnięta to jednak coś mi w niej skrzypi.
I prawdopodobnie  nie są to kości, bo jest młodsza ode mnie o jakieś 5 lat tak "na oko", choć z drugiej strony szczupła taka, zero tłuszczyku to może i skrzypieć.



PS. Błagam nie traktujcie tego wpisu ani trochę poważnie.
Dobrze będzie, a  spotkanie było udane.

piątek, 26 maja 2017

Dzień jak co dzień...

Godz 6.00
Wchodzę do pokoju dziewczynek i odsłaniam okno. Zazwyczaj tak właśnie robię: wchodzę po cichu, odsłaniam roletę, włączam muzykę i czekam chwilę, aż same się obudzą. Od kilku dni budzą się bez muzyki, bo Młodsza tak zarządziła (płaczem i rzucaniem się na łóżko) żeby nie włączać.
Niech im będzie, mnie byłoby przyjemniej wstać gdyby ktoś nastawił mi przyjemne dźwięki, a jakoś nikt nie  chce, a najczęstszym dźwiękiem jaki mnie budzi to jest: zrobisz kawę? Nie to nie nie włączam i już. Dziś rano usłyszałam od roztrzepanej, rozespanej kuli włosów z wystającym od góry pampersem zdecydowane i płaczące: zasuń to!
Nie zdając sobie sprawy z zagrożenia powiedziałam:
-Wstajemy dziewczynki Starsza wstań, bo dziś jedziesz na wycieczkę.
Za późno już było na gryzienie się w język czy cokolwiek, no chyba że wgryzienie się w ścianę, ale to też bez sensu bo słowa już zostały wypowiedziane...
Buuuuu łeeeee ja teś chcie na wyciećkeeee! Buuuuuuu! Ja teś jeśtem duzia dziencinka! Łeeeee!
No tak. zwyczajny dzień matki się zaczął;-)

czwartek, 25 maja 2017

Szkoła...

Gdybyście widzieli oczy Starszej, kiedy musiałam jej powiedzieć, że na razie nie dostała się do żadnej ze szkół.... Nic dziwnego więc, że kiedy w końcu się okazało, że jest szkoła, która chce przyjąć moją sześciolatkę, to ta natychmiast zapytała, kiedy może iść w końcu tę szkołę zobaczyć.
Po rozmowie z panią sekretarz umówiłam się na wizytę w budynku szkoły.
Pani sekretarz bardzo miła pani, uśmiechnięta, uprzejma. Mimo, że teoretycznie było już po zamknięciu sekretariatu oprowadziła nas po szkole, pokazała co gdzie będzie (będzie bo teraz jest w trakcie remontu). Pierwszaki będą mieć klasę dokładnie na przeciwko sekretariatu, wejście będą mieć oddzielne od dzieci bardziej dorosłych i swój plac zabaw, oddzielnie od boiska.
Planowane jest też w najbliższych dniach spotkanie dzieci, które od września zaczynają pierwszą klasę, rodziców i wychowawczyni, po czym dzieci z wychowawczynią mają pójść do swojej klasy i wspólnie odbyć jakieś zajęcia plastyczne, a w tym czasie rodzice będą mieć spotkanie z psychologiem szkolnym.
Klasa pierwsza będzie tylko jedna, do tego jak na razie nie jest zbyt liczna bo tylko 18 dzieci.
Świetlica będzie, ale na razie nie wiadomo jeszcze na jakich zasadach- podobno będzie dostosowana do potrzeb rodziców. Na razie jestem dobrej myśli, czekam co prawda na odpowiedź na odwołanie, ale nie zamierzam się upierać przy tamtej szkole, bo tę - jak na razie- zdążyłyśmy obie polubić;-)
Z innej beczki:
Dachowiec dalej milczy, a na weekend zapowiadają upał i mój plan nabiera coraz bardziej realnych kolorów...

poniedziałek, 22 maja 2017

Codziennik czyli o wyższości budowlańców nad ludem prostym

Znów będziemy psuć, ale podobno musi być gorzej, żeby mogło być lepiej.
Po tym jak od stycznia do marca samochód musiał stać przed wjazdem, bo wjazd zmienił konsystencję na półpłynną, robimy kolejną demolkę podwórka.
W zasadzie wyjścia były dwa: albo kupić amfibię, albo poprawić wjazd.
Kupno amfibii odpada, bo jeszcze ministr od wojny uznałby to za jakieś wsparcie, sprawa stała się więc jasna: auta nie zmienimy, żeby nie wiem co.
Przez kilka najbliższych dni będziemy więc mieć jeszcze większy chaos niż mamy teraz. Też myślałam, że to nie jest możliwe.
Zadziwiające jest to, jak wszelkiej maści budowlańcy (koparkoobługiwacze, dachozmieniacze i piaskozwoziciele zwłaszcza) są przekonani, niczym koty, o swojej dominacji nad zwykłymi śmiertelnikami.
Dzwoni taki (nie kot dla jasności) o 9.30 rano i mówi, że "to on o za pół godziny będzie".
No przecież powszechnie wiadomo, że lud prosty przed przyjściem koparkowca nic nie robi, tylko składa modły do bogów, aby dostąpić tego zaszczytu i aby ów pomazaniec zjawił się któregoś dnia ze swoją nieodłączną przed lub podsiębierną....
Albo taki dachowiec.
Panie ale określ pan kiedy zamierzacie przyjść, bo przecież my oboje pracujemy, jakieś wolne musimy sobie ustalić, nie dostaniemy urlopu z dnia na dzień.
-A ty wy chcecie przy tym być?!?!?!
Nie no, w sumie to po co?
Tak więc najbliższe dni z pewnością będą pełne wrażeń....

sobota, 20 maja 2017

Barwy ogrodu...

Przypomniałam sobie o istnieniu aparatu i wyszłam wczoraj popstrykać kilka zdjęć dziewczynkom a przy okazji nie mogła się oprzeć- tym nielicznym jeszcze- kwiatom.


 Może ktoś podpowie jak "fachowo" nazywa się ten biały kwiatuszek poniżej?  Moja babcia nazywała je "panie młode", słyszałam też nazwę "śpioszki". Uwielbiam je, te przywiezione z tatowego ogródka.
Zamykają kwiatki przed nocą.


Ostatnie tchnienie tulipanów, zostały ostatnie trzy czerwone i kilka żółtych.


 Mlecze w tym roku kwitną u nas wyjątkowo szybko, pewnie przez częstotliwość koszenia trawy. Rano jeszcze ich nie widać a jak wracamy z pracy to są już dmuchawce, niesamowite jak przyroda się dostosowuje....

 Surfinie albo petunie- nigdy ich nie rozróżniałam, ale bardzo lubię;)


 I czarna, nie mogłam się jej oprzeć...
 Boska begonia...

 A tutaj bardzo liczę na pomoc:
To jest krzew, zakwitł jak widać, ale nie pamiętam co to jest.
Grażynko, Dreptaku pomożecie?



 Lilaki w tym roku jeszcze ostrożnie kwitną, w ubiegłym musiały być przesadzone, a że były już wtedy ok 2-3 letnie więc ciężko im było się zadomowić w nowym miejscu.
Największy z nich cały poprzedni rok nie wypuścił listka, ale na szczęście przeczekaliśmy i wielka radość była tej wiosny, że się zazielenił, ale nie kwitnie, może za rok...


Trująca piękność, przedstawiać nie trzeba

 

piątek, 19 maja 2017

O szkole czyli dalszy ciąg nastąpił....

Nowo powstająca szkoła, która do tej pory była gimnazjum, przyjęła nas niemal z otwartymi ramionami. Powiem tak: lepsza taka niż żadna, nie będę wybredna i biorę co dają, aczkolwiek mam poczucie że nie daję dziecku, tego co najlepsze tylko jakiś półśrodek. Może się mylę, ale na dzień dzisiejszy tak właśnie myślę, być może - i oby- z czasem moje zdanie ulegnie zmianie....
Boję się,  pewnie ze się boję, bo nie wiadomo jak to będzie, bo cała ta "reforma" potrzebna jest jak dziura w moście, w dodatku kompletnie jest nieprzygotowana. Nikt nie wie jak to będzie wyglądać w praktyce, nauczyciel ledwie kilka dni temu został przydzielony, szkoła nie jest przystosowana dla takich małych dzieci, w odróżnieniu od tej, na której tak mi zależało. Budynek jest duży, brama otwarta jest cały czas, podwórko jest małe i w zasadzie służy do parkowania samochodów, bo nie ma miejsc parkingowych przy ulicy, boiska chyba nie ma, jest sala gimnastyczna, ale wiadomo, że to nie to samo.  Do sekretariatu trudno trafić i bez pomocy pracowników miałabym z tym nie lada problem, a co dopiero sześciolatka? Za to pani w sekretariacie bardzo uprzejma i rozmowna. Dzień otwarty w szkole już był, zanim się okazało jakie szopki nas czekają, ale mamy przyjść w dowolnym czasie obejrzeć sobie szkołę, poznać panią dyrektor.
Do szkoły nr 2 złożyłam pismo, na razie czekam.
Szkołę nr 1 skreślam definitywnie, zraziłam się, bo robią z rodziców idiotów.
Tak że ten tego: czas przyniesie rozwiązanie....

środa, 17 maja 2017

Na ziemi kieleckiej...

Mało tekstu, dużo obrazu.

Na początku kwietnia przejeżdżaliśmy przez Kielce, a że dzieciaki potrzebowały koniecznie odpoczynku zatrzymaliśmy się w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni.
Było super!
Miejsce niesamowite, jeśli pamiętacie opisy odwiedzin w skansenie łowickim i mazowieckim, to ja Wam powiem, że w kieleckim jest najciekawiej!

Napis przed wejściem.

I zgodnie z tym co głosi napis spełniło się, podróż w czasie jak najbardziej jest tu właściwym określeniem.

piątek, 12 maja 2017

O szkole


Tekst się szybko zdezaktualizował. Nie ma miejsca w żadnej szkole, musimy wybrać swoją, rejonową, obwodową czy jak ja tam zwał.
Kurwa jak w PRL: bez zameldowania nie ma szkoły, nie ma pracy.....

Moja najstarsza córka w tym roku idzie do pierwszej klasy jak mi ktoś teraz policzy to ile ja mam lat to obiecuje dać w psyk przy najbliższej okazji. Jeśli się dostanie, bo okazuje się, że to nie jest takie oczywiste.
W tym roku kończy 6 lat, a więc idzie do szkoły rok wcześniej niż to konieczne tak wiem, jestem złą matką, ale dobrze mi z tym- to jeden problem, a drugi chyba nawet większy to ten, że wybraliśmy szkołę w obrębie której nie mieszkamy. Uroki mieszkania na zadupiu, żeby to chociaż był zaścianek...
Długo zastanawialiśmy się do której szkoły posłać dzieci. Mieszkamy prawie 40km od pracy,  szkoła do której wg znaków na niebie i ziemi powinniśmy należeć znajduje się 12 km od nas, jest to wiejska szkoła, w której brak jest świetlicy, autobus zabiera dzieci z przystanku ok 7:45 szkoła zamykana jest na cztery spusty wraz z odjazdem autobusu o 15:25. Wiadomo- odpada z przyczyn organizacyjnych nie damy rady, żeby nie wiem co: dojazd do pracy zajmuje ok 40 minut w jedną stronę, dzień pracy ma 8 godzin, doliczyć jeszcze trzeba dowiezienie i odebranie Młodszej z przedszkola. Pomiędzy domem a pracą jest jeszcze kilka szkół- odpadają z tego samego powodu- brak świetlicy, brak zajęć dodatkowych. Padło więc na szkoły miejskie, których do tej pory były trzy. Nie znam tutejszych ludzi na tyle, żebym była zorientowana w opiniach o placówkach, rodzice dzieci przedszkolnych od czasu do czasu delikatnie między sobą poruszają ten temat i wygląda na to, że w większości rodzice wybierają szkołę nr 3, a uzasadniają właśnie tym że znajduje się na wsi i jest mała, oraz że "chodzą o niej dobre słuchy". Byłoby raźniej, gdyby córka chodziła z kimś z grupy do tej samej szkoły, ale jednak szkołę NR 3 też wykreśliliśmy z kręgów zainteresowań- po pierwsze zajęcia odbywają się w systemie zmianowym, bo owszem szkoła mała, ale dzieci dużo, po drugie I i II klasy mają duże szanse na świetlicę, ale powyżej IV klasy- w zależności od wolnych miejsc, no i jeszcze jedno, patronem szkoły jest katolicki święty- nie żebym coś miała przeciwko patronowi, ale szkoła cała jest w ten sposób ukierunkowana - tak wywnioskowałam  z tego, czym szkoła chwali się na stronie czyli konkursy, olimpiady i inne o tematyce religijnej, a ja uważam, że od tego jest kościół a nie szkoła.
Pozostały nam więc dwie szkoły miejskie. Ewentualnie dwie prywatne, ale niestety te z powodów finansowych odpadły od razu. Do obydwu chciałam złożyć dokumenty bo wiadomo łatwiej się wykreślić niż dopisać.
Ta cała reforma jest zupełnie chora.
Nikt nic nie wie, rekrutacja była u nas przesunięta, w dodatku sekretariaty nie potrafiły udzielić żadnych odpowiedzi na pytania bo same nie wiedziały jak to ma wyglądać. Kiedy w końcu podjęto uchwalę i szkoły mogły zacząć rekrutację (dla dzieci mieszkających w obrębie nie jest to ważne bo i tak zostaną przyjęte, ale dla tych spoza terenu -kluczowe) okazało się, że nie jest to takie oczywiste, że dostaniemy się do szkoły, którą wybraliśmy, bo -nawet jeśli będą miejsca -to o decyzji może zaważyć to, w obrębie której szkoły znajduje się firma, w której pracuję.  Śmieszne czy straszne, nie wiem? Jak na złość firma obecnie znajduje się w obrębie nowo utworzonej podstawówki powstałej po przekształceniu gimnazjum- abstrahując od tego, że nowa szkoła podstawowa w ogóle nie przeprowadzała rekrutacji, więc zapewne dzieci zostaną automatycznie z innych szkół przeniesione zgodnie z nowym podziałem na obręby.
Tak czy inaczej dokumentację do szkół zaniosłam przy okazji licząc na to , że pierwsze wrażenie pozwoli podjąć decyzję którą szkołę byśmy woleli jeśli w ogóle będziemy mieć wybór.
Szkoła nr 1.
Budynek duży, brama otwarta, ochrona nawet jakaś siedzi w środku, nie ma co się dziwić zimno jest to gdzie ma siedzieć?, sekretariat na górze, nikt mnie nie zatrzymuje, nie pyta o nic, w zasadzie każdy może wejść i wyjść kiedy chce nie wzbudzając większego zainteresowania, no może nie każdy może gdybym była długonogą blondynką to ktoś by się obejrzał. Z tyłu szkoły remont i budowa, kiedyś będzie tu może i fajnie, ale na razie dupa i kamieni kupa. 
Pani w sekretariacie przypomniała mi czasy studenckie. Oj zdecydowanie bardziej pasuje do dziekanatu.
-6 lat? a to nie lepiej poczekać?
-ale u nas nie będzie klasy tylko dla sześciolatków. (nie ważne, że burmistrz się chwali wszem i wobec, na stronie miasta, że w tej właśnie szkole powstaje taka klasa)
-ale dlaczego tutaj? to nie macie szkoły bliżej?
Pierwsze wrażenie więc nie rzuciło na kolana, chyba że z rozpaczy.
Plus dla Pani , że w kontaktach mailowych jest bardzo uprzejma i bardzo szybko odpisuje na wiadomości.
Szkoła nr 2.
Pod szkołą okazało się, że szkolna brama otwarta jest tylko w wyznaczonych godzinach, poza tymi godzinami bramę otwiera sekretariat. Pani w sekretariacie bardzo uprzejma i uśmiechnięta, nie powiało dziekanatem nie zadawała pytań typu: czego tu?  Poinformowała mnie, że dyrekcja uprzejmie prosi rodziców o wstępne zadeklarowanie czy dziecko będzie uczęszczało na religię czy na etykę, czy może na jedno i drugie? Mam tylko nadzieję że nie prowadzi ich ta sama zakonnica.
Pierwsze wrażenie zepsuła nieco pani dyrektor, która mnie telefonicznie uświadomiła, że nasz rejon to będzie nowo powstała szkoła, ale ciągle mam nadzieję, że może zostanie zakwalifikowana właśnie tutaj.

A kiedy będzie wiadomo, czy któraś ze szkół przyjmie moje dziecko?
Uchwała rady mówi tak:
Podanie do publicznej wiadomości przez komisję  rekrutacyjną  Listy kandydatów zakwalifikowanych i kandydatów niezakwalifikowanych do 12 maja 2017 r. do godz.12:00.
W związku z czym uzyskałam informację, że listy zostaną wywieszone dziś, tuż przed godz 12.

poniedziałek, 8 maja 2017

Nieczynne...

... bo zamknięte.

Znalezione obrazy dla zapytania nieczynne bo zamknięte

Rodzinujemy się.
Nie czytam maili, nie zaglądam na fb.
Telefon porzucony gdzieś w torebce, może nawet się rozładował.
Powrót do realnego świata niebawem a tymczasem chwilo trwaj!

niedziela, 30 kwietnia 2017

Hasło nasze...

Leśman na koniec kwietnia:)

                   * * * (Hasło nasze...)

      Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne:
      Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,
      Winna zgasnąć w tej szybie, a tamtej zapłonąć.
      Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.
      Czekasz z dłonią na klamce i gdy drzwi otwiera,
      Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,
      A ty zamian przyciskasz moje ręce obie
      Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.
      Wchodzę ciszkiem, jak gdyby krok każdy knuł zbrodnię,
      Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.
      Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,
      By szczęściu i pieszczotom było w nim wygodnie.
      I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,
      Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.
      Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!
      Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje.

sobota, 22 kwietnia 2017

Wiosna na łące...

Może trochę dziwna z nich para, ale najważniejsze że się ze sobą dogadują i że im dobrze;-)







 PS. Uwielbiam dziecięcy wierszyk Brzechwy pt. "Rozmawiała gęś z prosięciem".